Tratwa 2007

Co robią studenci AGH jak im coś strzeli do głowy,
czyli spływ tratwą własnej roboty po Wiśle

Ahoj, przygodo!

Pomysł, wydawałoby się, genialny w swej prostocie – spłyniemy własnoręcznie zrobioną tratwą do Krakowa. Już pierwsze próby przejścia od słów do czynów uświadamiają nam, że nie będzie różowo; mimo to nie poddajemy się. Na Allegro kupujemy plastikowe beczki i przygotowujemy się do budowy według nabazgranego na spotkaniu w knajpie projektu. Od znajomego dostajemy europalety na pokład. Poszukiwania drewna na konstrukcję oraz transportu kosztują trochę nerwów, a termin spływu opóźnia się kilka razy.

Niezwykle pomocni pracownicy studium WF użyczają nam miejsca, narzędzi i kilku elementów do budowy – w tym żagli ze starych kajaków. Pożyczają nam także przyczepę do transportu. Pozostaje tylko jeden problem – nie mamy samochodu, żeby zawieźć wszystko do Oświęcimia, skąd chcemy wystartować. Wyczerpaliśmy już wszystkie możliwości, a czas ucieka…

Niedziela, 29.04

Rano szybka mobilizacja – mamy transport! Na pytanie o samochód na internetowej liście dyskusyjnej odpowiada Wojtek, żeglarz z Warszawy, który ofiarowuje swoją pomoc. Dojeżdżamy w okolice mostu przed Oświęcimiem i wjeżdżamy na teren żwirowni nad Wisłą, gdzie wpuszcza nas uprzejmy stróż i pozwala zmontować tu tratwę.

Niestety sam początek spływu okazuje się pechowy – zostajemy zaatakowani przez agresywnego pijaka, który bierze nas za ekologów. Wybranie żwirowni na bazę wypadową było niefortunne, gdyż miejscowi mieszkańcy mają z nią zatarg, czego nie byliśmy świadomi. Tak więc ów pan postanawia rozprawić się z „ekologami ze żwirowni”, co skutkuje tym, że dość mocno zostaje poturbowany. W końcu przestaje nas atakować i się oddala, my natomiast dzwonimy po policję. Po chwili zauważamy, że biegną do nas wezwani przez niego koledzy. Chowamy się przed odsieczą w jednym z pobliskich domów. Ostatecznie napastnik ląduje w szpitalu, a my bezpiecznie odjeżdżamy na komendę.

Policjanci, którzy się nami zajmują, są bardzo mili. Składamy zeznania, co jest dość żmudnym zajęciem. W międzyczasie jedziemy też do szpitala, żeby nas zbadano (choć to raczej formalność, bo całe szczęście nic nam się nie stało). Podczas gdy my jesteśmy na komendzie, znajomy Andrzeja mieszkający w pobliżu jedzie na miejsce zdarzenia zabrać co cenniejsze rzeczy. On także przyjeżdża po nas na komendę o 4 rano, gdy kończą się przesłuchania, i zabiera nas do swojego domu.

Poniedziałek, 30.04

Rano wstajemy wcześnie i jedziemy do żwirowni zabrać tratwę. Przyjeżdża Wojtek, który kolejny raz ratuje całą akcję przywożąc zakupione po drodze wiosła (te, które mieliśmy, zostały zabezpieczone przez policję, tak więc nie mielibyśmy jak płynąć). Odjeżdżamy z feralnego miejsca i znajdujemy inne.

Stawiamy tratwę na wodzie. Nasze obawy co do tego, czy w ogóle nasza konstrukcja będzie pływać, szybko się rozwiewają. Wsiadamy więc razem z Wojtkiem i z wielką radością zaczynamy spływ.

Po pewnym czasie okazuje się, że powoli toniemy – beczki przeciekają. Szukamy dobrego miejsca, żeby wyciągnąć tratwę na brzeg. Znajdujemy takie niemal w ostatniej chwili, gdy pokład jest zaledwie kilkanaście centymetrów od lustra wody. Kolejny raz spływ staje pod znakiem zapytania, jednak nasz znajomy zgadza się przywieźć nam z Krakowa silikon do naprawy beczek.

Naprawa trwa do późnej nocy, a utrudnia ją chłód, nawet pomimo ogniska rozpalonego do suszenia beczek. Pełni obaw o skuteczność uszczelnienia beczek idziemy w końcu spać.

Wtorek, 01.05

Rano odsypiamy poprzednie noce, wypływamy po południu. Tratwa już nie nabiera wody, a przynajmniej nie w takim tempie jak poprzednio.

Wieczorem dopływamy do śluzy i tam planujemy wyjąć tratwę i przetransportować ją samochodem w dół rzeki – inaczej nie zdążymy spłynąć w zaplanowanym terminie. Jednak kolejny raz pech musiał dać o sobie znać – Wojtek łapie gumę tuż obok naszego obozowiska. Śruby od koła odmawiają współpracy, potrzebna jest pomoc drogowa. Z racji późnej pory postanawiamy iść spać i wezwać pomoc rano.

Środa, 02.05

Wojtek nas opuszcza, a my spływamy śluzą. Obsługa dość nowoczesnego i zadbanego obiektu mówi, że ruch jest bardzo mały i jesteśmy pierwszą śluzowaną jednostką w tym roku. W związku z tym nie pobiera od nas opłaty (która wynosi 3,26 zł), tym bardziej, że płyniemy tak nietypowym pojazdem.

Nie mamy szans dopłynąć do Krakowa w zakładanym czasie, szukamy więc dogodnego miejsca do zostawienia tratwy. Przepływamy obok promu łączącego drogi na dwóch brzegach Wisły. Jest tam sporo miejsca do przycumowania. Pan obsługujący prom zapewnia, że tratwa będzie tu bezpieczna i że będzie miał na nią oko.

Na koniec jeszcze Antek zalicza krótką kąpiel, gdy tratwa odjeżdża mu spod nóg w czasie gdy on trzyma się rękami burty przycumowanego obok statku. Ten zabawny akcent kończy pierwszą część spływu, a cała załoga wraca do Krakowa autobusem.

Piątek, 11.05

Mamy jechać wczesnym popołudniem, zobaczyć w jakim stanie jest tratwa, ewentualnie opróżnić i uszczelnić beczki jeśli przeciekły i spróbować płynąć wieczorem lub nazajutrz rano.

Niestety okazuje się, że żagle zdeponowane w magazynie w tajemniczy sposób zaginęły i nigdzie nie można ich znaleźć. Decydujemy się pojechać mimo to, choć brak żagli prawdopodobnie spowolni nas na tyle, że i tak nie dopłyniemy w ten weekend. Do tego bus, którym mieliśmy jechać, nie przyjeżdża. Ania dzwoni do brata, który szczęśliwym trafem jest wolny i może nas zawieźć swoim samochodem.

Na miejscu okazuje się, że tratwa jest w dobrym stanie. Spotykamy ponadto kapitana pchacza barki, który czeka na załadunek w górze rzeki i o świcie spływa w stronę Krakowa. Pytamy, czy mógłby nas podholować. Mówi, że może zabierze nas kawałek, ale zobaczy się jutro jak to będzie. Uszczelniamy jedną nieszczelną beczkę, przerabiamy ster i idziemy spać.

Sobota, 12.05

Wstajemy po krótkim śnie i spuszczamy tratwę na wodę. Po chwili przypływa barka. Podpinamy się do burty pchacza. Kapitan daje nam do zrozumienia, że możemy z nim płynąć nawet do Stopnia Kościuszki. Pozwala nam to zaoszczędzić mnóstwo czasu i zdążyć dopłynąć do Krakowa jeszcze tego samego dnia.

W śluzie na stopniu żegnamy się z załogą barki i wsiadamy na tratwę. Niestety strumień wody od śruby pchacza uszkadza ster, musimy się więc na chwilę zatrzymać, żeby go naprawić i spróbować zrobić prowizoryczny żagiel rejowy z patyków i pałatki.

Przed Pychowicami postanawiamy przybić do brzegu, gdyż zanosi się na deszcz. Ulewa faktycznie nadciąga, a my chronimy się w prowizorycznej, pustej altance rybaków zrobionej z drewna i folii. Po niecałej godzinie płyniemy dalej. Wpływając do Krakowa widzimy coraz więcej znajomych miejsc, jednak z nieznanej nam dotąd perspektywy – Kraków oglądany z Wisły wygląda inaczej niż na co dzień. Ludzie na brzegu i mijających nas łodziach przyglądają nam się z zaciekawieniem i sympatią, czasem wypytują o tratwę i naszą podróż. Euforię załogi wywołuje ujrzenie wreszcie Wawelu wyłaniającego się zza zakrętu. Ostatecznie triumfalnie dopływamy pod Wawel, przykuwając uwagę wielu przechodniów, a potem cumujemy w zaprzyjaźnionej przystani.

I po spływie

Na tym kończy się pełen niespodzianek spływ, jednak tratwę z pewnością jeszcze kiedyś wykorzystamy. Póki co stoi na cumie i odpoczywa po ciężkich trudach.

Całkowita liczba odwiedzin na stronie: 78722