Maroko 2007

W poszukiwaniu andaluzyjskich wielbłądów i marokańskich kozic,
czyli <cwaniak2> w dzikiej Afryce

Galerię zdjęć z tej wyprawy znajdziesz tutaj.

Ferie – no to co robimy?

Plan jest prosty: jechać w ferie na 3-4 tygodnie do Maroko i zobaczyć ile się da. Jego wykonanie wymaga m.in. zamknięcia sesji w 3 dni po jej rozpoczęciu, co nam się prawie że udaje. Początkowo mieliśmy lecieć do Fezu – kupiliśmy niebywale tanie bilety na samolot (270 zł w dwie strony). Niestety Ryanair nie okazał się zbyt solidną firmą, sprzedając bilety na lot, którego nie mógł na pewno wykonać (lot odwołano z powodu przedłużenia negocjacji umowy pomiędzy UE i Maroko). Mimo to chęć na Maroko pozostała, kupiliśmy więc bilety do Malagi na południu Hiszpanii z zamiarem dotarcia do Maroko promem.

Poniedziałek, 29 stycznia

Wsiadam w Krakowie do autokaru jadącego do Frankfurtu, trzymając w ręce bilet kupiony po promocyjnej cenie 9 zł (nie, to nie żart). Towarzyszy podróży spotkam na lotnisku pod Frankfurtem, każde z nas dotrze tam innym sposobem.

Wtorek, 30 stycznia

Rano jestem we Frankfurcie. Olek pisze, że wylądował już na lotnisku, ale… 140 km od Frankfurtu. Właśnie wtedy dowiadujemy się, że Frankfurt-Hahn to nie to samo, co Frankfurt, choć tanim liniom lotniczym ta nieznaczna rozbieżność nie przeszkadza w nazywaniu Hahn Frankfurtem.

Udaję się więc na samotny spacer po Frankfurcie. Miasto całkiem przyjemne i zadbane, choć ze starej zabudowy zostało naprawdę niewiele, a ta która ocalała broni się resztkami sił przed inwazją nowoczesnych wieżowców ze szkła i metalu.

Późnym popołudniem łapię stopa na lotnisko. Nie jest łatwo, nie leży ono nawet przy żadnej drodze głównej. Ostatni odcinek, już po zmroku, decyduję się więc pokonać pieszo. I tu historia się powtarza: obok mnie zatrzymuje się policja i informuje, że co prawda nie jest to autostrada, ale jakiś typ drogi szybkiego ruchu i nie mogę tędy iść, bo to niebezpieczne. Podwożą mnie na stację benzynową, gdzie po pewnym czasie udaje mi się przekonać pewnego sympatycznego pana, aby podwiózł mnie na lotnisko.

Na miejscu spotykam Olka. Jadzia przyleci rano, idziemy więc spać. Niestety o 4-tej budzi nas głośne „Guten Tag” strażnika lotniskowego (kolejne dejavu?). Nie namyślając się długo zbieramy rzeczy i idziemy szukać miejsca na nocleg na zewnątrz. Znajdujemy takie, wręcz idealne – drewnianą budę na pobliskim polu golfowym.

Środa, 31 stycznia

Rano spotykamy Jadzię. Na dzień dobry raczy nas śniadaniem w postaci kurczaków z hipermarketu. Wykwintny posiłek spożyty pod wielką płytą pilśniową („paździochem”) wprawia nas w dobry nastrój przed lotem.

Dobra pogoda sprawia, że sporą część drogi siedzimy z nosami przy szybie podziwiając Alpy. W końcu lądujemy w Maladze. Przy wysiadaniu z kolejki miejskiej mała niespodzianka – bilety sprawdzane są tu przy wyjściu ze stacji. Tłumaczymy na migi, robiąc oczy kota ze „Shreka”, że bilety mieliśmy, ale już wyrzuciliśmy. Poskutkowało.

Nie możemy odmówić sobie wieczornego spaceru po starówce Malagi. Urzekają nas ładne, wąskie i niezwykle spokojne uliczki oraz ciekawa mauretańska zabudowa. Na nocleg znajdujemy doskonałe miejsce za wzgórzem zamkowym z widokiem na morze.

Czwartek, 01 lutego

Jedziemy autobusem na obrzeża miasta, skąd łapiemy stopa. Idzie raczej kiepsko. Już na początku się rozdzielamy i dojeżdżamy do Algeciras osobno – ja stopem, Jadzia i Olek mają mniej szczęścia i ostatni odcinek pokonują autobusem. Czekając na nich na dworcu spotykam dwóch chłopaków z Polski, którzy właśnie wracają z Maroko. Przedstawiają, delikatnie mówiąc, mało zachęcający obraz tego kraju. Opowiadają o brudzie, nachalnych naciągaczach i oszustach oraz wielu innych, niemiłych wspomnieniach. Jednak nie do końca jesteśmy przekonani o tym, że może być tam aż tak źle. Przecież zawsze natrafia się na różne problemy, ale jest też mnóstwo rzeczy, które warto było przeżyć.

Kupujemy bilet na prom w dwie strony – wychodzi wtedy taniej, a data powrotu jest otwarta, mamy więc pełną swobodę. Dojeżdżamy gratisowym busem do portu w Tarifie, a stamtąd płyniemy promem do Tangeru.

W Tangerze próbujemy dostać się na dworzec kolejowy, jednak niełatwo go znaleźć. Zatrzymuje się przy nas samochód. Sympatyczny kierowca proponuje swoją pomoc. Sprawia wrażenie, w porównaniu z większością miejscowych, dość bogatego i bezinteresownego, decydujemy się więc pojechać z nim na dworzec. Po drodze opowiada o swojej rodzinie i podróżach po świecie.

Planujemy spędzić noc na dworcu, jednak strażnicy nie wpuszczają nas do środka – tłumaczą, że w godzinach nocnych dworzec jest zamknięty i nie wolno im nikogo wpuszczać, ale możemy spać przed wejściem i będą nad nami czuwać.

Piątek, 02 lutego

Rano wyruszamy pociągiem do Marrakeszu. Za oknem widać różnorodne krajobrazy – wielkie pagórkowate pustkowia pokryte kamieniami, od czasu do czasu kilka drzewek, ale zdarzają się też rozległe łąki i lasy.

Po przyjeździe szybko odnajdujemy tani hostel młodzieżowy, zostawiamy w nim rzeczy i ruszamy na podbój stolicy Maroko. Centralnym punktem medyny (starej części miasta) jest ogromny plac targowy Dżemaa el-Fna, z resztą największy w całej Afryce. Poza chmarą turystów jest tam niezliczona ilość artystów ulicznych (zaklinaczy węży, muzyków, tancerzy), straganów z sokiem pomarańczowym, a także mnóstwo stoisk i sklepików z pamiątkami. Wśród bazarów nożna znaleźć nawet stoisko ze sztucznymi szczękami. Co chwilę trafia się na coś ciekawego do zobaczenia, to znowu ktoś próbuje nas naciągnąć w ten czy inny sposób. Gdzie się nie obejrzeć gra muzyka, wszyscy się przekrzykują, ludzie przeciskają się we wszystkie strony. Panuje tu tak niesamowity zgiełk, że po pewnym czasie trzeba od tego wszystkiego trochę odpocząć.

Postanawiamy więc zaznać trochę spokoju spacerując sukami, czyli wąskimi uliczkami ze sklepikami i straganami. Ciągną się one kilometrami, tworząc istny labirynt wokół głównego placu. Jednak i tu panuje gwar i ciasnota. Wracamy do hostelu wykończeni.

Sobota, 03 lutego

Rano znów udajemy się do medyny, aby zobaczyć pozostałe ciekawe miejsca. Są trochę porozrzucane, korzystamy więc kilkakrotnie z taksówki. Cena za przejazd jest tu stosunkowo niska, jadąc we trójkę płacimy niewiele więcej niż za autobus miejski. Zwykle jednak przed złapaniem taxi dobrze jest się zapytać przechodnia, ile mniej więcej powinien kosztować kurs w dane miejsce. Taksówkarzom zdarza się podawać cenę „specjalną” dla turystów, czasem też „zapominają” włączyć taksometru – trzeba na to zwracać uwagę przy ruszaniu.

Przemierzamy suki w poszukiwaniu ładnych i niedrogich pamiątek. Po drodze znajdujemy jeden sklepik, gdzie sprzedawca kategorycznie odmawia targowania się. Jest to tutaj ewenement – w krajach arabskich negocjacja ceny jest ogólnie przyjętym zwyczajem. Sprzedawca podaje zawsze cenę „początkową”, która stanowi często kilkakrotną cenę faktycznej sprzedaży. Arabowie lubują się w negocjacjach i rozmowach towarzyskich, więc każde takie zakupy ciągną się dość długo i zwykle odbywają się w bardzo sympatycznej atmosferze. Właśnie w ten sposób wyglądają nasze zakupy w innym sklepiku – na początku cena naszyjnika to 1200 Dh (dirhamów marokańskich). Podczas rozmowy ze sprzedawcą systematycznie obniżamy cenę. W międzyczasie do gry wchodzą okulary Jadzi, które spodobały się sprzedawcy i jest skłonny w zamian za nie obniżyć cenę. Ostatecznie staje na 120 Dh, a okulary zatrzymujemy.

Na koniec zwiedzamy pałac El Badi z przewodnikiem, któremu również udało się zapłacić mniej, niż życzył sobie na początku. Na wieżach pałacu, podobnie jak w całym Marrakeszu, zobaczyć można mnóstwo gniazd bocianów, które właśnie tutaj przylatują na zimę z Europy. Wieczorem wracamy do hostelu. Ja z Olkiem zaczynamy odczuwać, że zjedzenie tak wielu rzeczy (notabene zazwyczaj bardzo smacznych) ze straganów ulicznych było chyba błędem – przed nami ciężka noc…

Niedziela, 04 lutego

Wcześnie rano wsiadamy w autobus do Tiznitu. Jedziemy pół dnia. Podróż jest bardzo męcząca – autobus pędzi po dziurawych drogach, z głośników ryczy na cały regulator arabskie disco-polo, co chwilę ktoś wsiada, wysiada, wszyscy się przeciskają – generalnie o odespaniu nocy możemy tylko pomarzyć, z resztą nasze żołądki też nie dają o sobie zapomnieć.

W Tiznicie szukamy transportu do Aglou. Jedziemy grand taxi, czyli popularnym tutaj rodzajem taksówek dalekobieżnych. Na miejscu planujemy spać na dziko, ale nie ma za bardzo gdzie. Wchodząc na plażę spotykamy policjantów, którzy już na sam nasz widok ostrzegają, żeby nie rozbijać namiotu, bo to nielegalne. Poznajemy młodych chłopaków, którzy robią jakąś ankietę na zadanie ze szkoły. Nie mówią dobrze po angielsku ani francusku, ale można się dogadać. Pokazują nam godny polecenia kemping. Jesteśmy bardzo mile rozczarowani – kemping jest całkiem porządny, pełno tu turystów z Europy. Do tego ceny są zadziwiająco niskie – w tym kraju niełatwo znaleźć miejsca, gdzie z przyjezdnych nie zdziera się ile wlezie.

Poniedziałek, 05 lutego

Wreszcie jest nam dane wyspać się do oporu. Planujemy udać się do jaskiń troglodytów na plaży nad Oceanem Atlantyckim. Po drodze spotykamy pewnego Kanadyjczyka, który mówi, że poznał ludzi mieszkających obok i zapraszają go na obiad. Proponuje, żebyśmy też wstąpili.

Poznajemy Amine – miłego młodego Araba, do którego należy dom. Żyje z łowienia ryb, a w wolnych chwilach uprawia z przyjaciółmi surfing. Rozmawiamy też z jego kolegą Kamalem. W międzyczasie zjawia się coraz więcej znajomych. Wszyscy to uprzejmi, ubrani po europejsku mężczyźni, bardzo otwarci i rozmowni. Dyskutujemy popijając oryginalną berberyjską herbatę. Po chwili danie jest już gotowe – jest to przepyszny kurczak w ziemniakach, przygotowany miejscowym sposobem w specjalnym glinianym naczyniu składającym się z talerza i położonej na nim przykrywki w kształcie odwróconego lejka.

Rozmawiamy używając języka angielskiego na przemian z francuskim. Ten drugi jest tu bardzo popularny i wielu ludzi, zwłaszcza tych lepiej wykształconych, posługuje się nim płynnie. Na pewno główną przyczyną jest to, że Maroko było kiedyś częściowo pod francuskim protektoratem. W trakcie rozmowy dowiadujemy się, że większość młodych Arabów szuka żon europejskich, często wyjeżdżając do Europy właśnie w tym celu. Dzieje się tak, ponieważ Europejki są dużo bardziej otwarte i znacznie łatwiej nawiązać z nimi znajomość. Arabskie kobiety chodzą w chustach i przed ślubem nie można nawet zobaczyć ich twarzy, a randki trzeba spędzać w towarzystwie ich rodziców. Te rygorystyczne zasady zniechęcają miejscowych mężczyzn do ożenku z ich rodaczkami.

Po obiedzie i pogaduchach Amine zabiera nas na spacer po plaży. Pokazuje skały o niezwykłych kształtach, o które rozbijają się z hukiem morskie fale. Oglądamy także główną atrakcję – domy wykute w przybrzeżnej skale. Większość z nich jest opuszczona, ich mieszkańcy wyjechali szukać lepszego życia. Wstępujemy na chwilę do jednego z zamieszkanych jeszcze gospodarstw. Mężczyzna, głowa rodziny, opowiada nam, jak się tutaj żyje. Zarabia na życie łowiąc ryby, z resztą jak większość miejscowych. Nie jest łatwo, ale póki co udaje się z tego wyżyć.

Wtorek, 06 lutego

Wracamy do Tiznitu. Spotkany tam mężczyzna namawia na wizytę w sklepie przy szkole jubilerstwa, w której z resztą sam wykłada. Wizyta oczywiście ciągnie się długo, negocjacje przy berberyjskiej herbatce kończą się zakupem przez moich współtowarzyszy kilku ładnych ozdób.

Chcemy dostać się w góry Atlas, ale ciężko stąd dojechać bezpośrednio. Musimy wrócić do Marrakeszu. Przy wysiadaniu z autobusu spotyka nas niemiła niespodzianka – komuś w bagażniku rozlał się olej z ryb, którym nasze plecaki i ich zawartość nasiąkły. Zdenerwowani idziemy na dworzec, gdzie postanawiamy przeczekać do rana.

Środa, 07 lutego

Tego dnia mamy pecha do kierowców. Najpierw, idąc na postój busów, spotykamy mężczyznę, który proponuje podwózkę. Jednak po chwili okazuje się, że jest pijany. Opowiada, że jest synem właściciela dużej firmy, pół-francuzem, pół-marokańczykiem, i że nie boi się policji, bo jest bogaty. Nie za bardzo orientuje się jak jechać, do tego pali się rezerwa. Chce nas zawieźć w góry, ale oczywiście dajemy mu do zrozumienia, żeby nas jak najszybciej wysadził. W końcu prowadzimy go na postój i wysiadamy, rzekomy bogacz prosi nas o zapłatę za podwiezienie. Grozimy mu policją i odchodzimy.

Przez całą tą przygodę spóźniamy się na busa o 6:00, następny dopiero o 8:00. Są grand taxi, ale pierwszy spytany kierowca podaje „cenę specjalną” dla turystów, która dla nas jest nieakceptowalna. Idziemy spytać innego, ale pierwszy podąża za nami i po arabsku mówi mu, żeby podać taką samą cenę, co też tamten solidarnie czyni. To typowe zachowanie taksówkarzy, które wielokrotnie mieliśmy okazję zaobserwować w tym kraju. W końcu jedziemy z pseudo-taksówkarzem, który prawdopodobnie dorabia tylko na lewo podwożąc ludzi. Po chwili jazdy zastanawiamy się jednak, czy naprawdę chcemy z nim jechać przez kręte drogi w górskich przełęczach – luz na kierownicy jest przerażający; ogólnie stan techniczny pojazdu oraz styl prowadzenia pozostawia wiele do życzenia. Jednak w górach kierowca wyraźnie zaczyna jechać ostrożniej, wobec czego postanawiamy zaryzykować i pojechać z nim do końca. Po drodze jedziemy przez las, jakiego jeszcze nie widzieliśmy – na czerwonej glebie rosną obok siebie kaktusy i iglaki zupełnie jak nasze sosny.

W Imlil, małej wiosce górskiej, przewodnik górski mówi, że na szczycie są trudne warunki i obowiązkowo trzeba mieć raki i czekany, które akurat można u niego wypożyczyć (za 12€ od osoby). Przekonuje, że na górze nie ma już takiej możliwości, więc trzeba koniecznie zaopatrzyć się w sprzęt u niego. Wiedzeni doświadczeniem w kontaktach z Marokańczykami nie dajemy wiary jego zapewnieniom. Jak się później okazuje, całkiem słusznie – na górze warunki są dobre, wychodzących ze schroniska wcale nikt nie sprawdza, a sprzęt można wypożyczyć, i to w sumie za mniejsze pieniądze.

Co jakiś czas mijamy na szlaku miejscowych, za każdym razem oferują wynajęcie muła do wyniesienia plecaków. Droga do schroniska zajmuje nam ponad 6 godzin. Pod koniec daje się we znaki wysokość. Rano byliśmy w Marrakeszu, niecałe 500 m n.p.m., teraz na 3000 m n.p.m. To bardzo duża różnica. Organizm odmawia posłuszeństwa – kręci się w głowie, widzi się mroczki przed oczami, każdy następny krok jest wyzwaniem. Po głowie krążą tysiące myśli i bardzo ciężko się skoncentrować, choć jest to w tym momencie niezwykle istotne – wystarczy chwila nieuwagi i zataczając się można spaść kilkadziesiąt metrów w dół po stromej ścianie.

Z wielką ulgą dostrzegamy światełko schroniska. Rozbijamy się tutaj, bo przy schronisku mogą obowiązywać opłaty. Tak zmęczeni, że z trudem zmuszamy się do zjedzenia skromnego posiłku, szybko zasypiamy.

Czwartek, 08 lutego

Rano wyruszamy na szczyt. Po drodze zostawiamy rzeczy w schronisku, które do najtańszych nie należy – nocleg kosztuje 16€, czajniczek wrzątku 2€. Zostawiamy plecaki za opłatą (1€/szt.) i ruszamy na podbój Dżabal Tubkal (4167 m n.p.m.) – najwyższej góry w Atlasie Wysokim. Przed nami prawie 1000 m podejścia.

Trasa jest prosta technicznie i trudno się zgubić, problem stanowi wysokość. Mała zawartość tlenu w powietrzu sprawia, że trudno zaspokoić potrzeby organizmu, pomimo szybkiego oddechu. Co kilkanaście kroków trzeba przystanąć, żeby nabrać sił. Z tego powodu każde z nas stwierdza po zejściu, że od strony fizycznej był to najtrudniejszy szczyt w naszym życiu.

Na szczycie wieje niesamowicie silny wiatr, już po chwili wręcz zamarzamy. Rezygnujemy więc z wcześniejszego planu zjedzenia na szczycie budyniu. Wracamy szybko do schroniska, gdzie odpoczywamy i jemy kolację, a potem udajemy się na nasze zeszłonocne miejsce obozowania.

Piątek, 09 lutego

Schodzimy do Imlil i szukamy taksówki do Marrakeszu. Co chwila ktoś proponuje transport, jednak cena nas nie zadowala. Czekając koło postoju łapiemy stopa – zatrzymuje się młody Marokańczyk z francuską dziewczyną. Jednak gdy wsiadamy, podjeżdża taksówka i wysiada z niej rozkrzyczany taksówkarz, robiąc aferę na całą wieś. Kłóci się z naszym kierowcą wmawiając mu, że dzwoniliśmy po taksówkę i że przyjechał tu specjalnie z Marrakeszu (choć chwilę wcześniej wysiadali od niego pasażerowie). Sądzi, że będziemy płacić naszemu kierowcy i w bezczelny sposób chce mu „ukraść kurs”. Żąda 50 Dh za to, że musiał tu rzekomo przyjechać. Oczywiście odmawiamy jakiejkolwiek zapłaty, ale po krótkiej kłótni nasz kierowca sam daje taksówkarzowi tą kwotę pomimo naszego sprzeciwu – mówi, że nie ma ochoty się z nim droczyć i nie chce mieć tu później problemów. W tej niemiłej atmosferze opuszczamy wioskę. Przykre, że w kraju, gdzie mieszka wielu niesamowicie życzliwych, bezinteresownych i gościnnych ludzi, przyjezdni trafiają na tych kilku najbardziej pazernych i chytrych, którzy stanowią negatywną wizytówkę Maroko.

W drodze do Marrakeszu Anouar i Astrid zapraszają nas na herbatę. Jedziemy do ich apartamentu w hotelu, gdzie częstują nas znaną nam już przepyszną berberyjską herbatką. Anouar, wypytywany, zdradza tajniki jej parzenia. W trakcie rozmowy okazuje się, że pochodzi z Kasablanki, a jego dziewczyna z Paryża. Mają po 21 lat i poznali się 3 miesiące temu przez Internet. Postanowili zrobić sobie tygodniową wycieczkę po Maroko, na której pierwszy raz zobaczyli się na żywo. Anouar chwali się oryginalnym instrumentem przypominający gitarę, który kupiła mu w prezencie Astrid.

Sobota, 10 lutego

Autobus ma odjechać 30 minut po północy. Sprzedawca biletów z okienka częstuje nas daniem przygotowanym przez jego mamę – cienkim ciastem chlebowym i suchymi pulpecikami przypominającymi sznycle. Zaprasza nas do biura. Po chwili rozmowy daje mi w prezencie swoją czapkę – oryginalne marokańskie nakrycie głowy, ja w rewanżu daję mu swoją czapkę zimową, niestety nic lepszego nie mam – polską kiełbasę daliśmy już Anouarowi i Astrid.

W końcu przyjeżdża autobus, spóźniony ponad godzinę. Nadzieje na sen szybko gasną – w autobusie jest zimno, a kierowca pokonuje ciasne zakręty górskiej drogi z taką prędkością, że trudno w ogóle utrzymać się na miejscu. W końcu docieramy do Tinerhiru i postanawiamy zostać tu dłużej. Już na przystanku autobusowym trudno nam jest opędzić się od naganiaczy, którzy proponują nocleg w hotelu, od którego oczywiście dostaną prowizję, więc my będziemy musieli zapłacić więcej. Wpadamy na sprytny sposób pozbycia się ich – zaszywamy się na godzinę w kafejce internetowej. Sami znajdujemy przyjemny i tani hotelik w centrum miasteczka z bardzo miłą obsługą.

Chłopak z hotelu pokazuje nam pięćsetletnią żydowską dzielnicę. Domy z gliny tworzą sieć uliczek i tuneli, w których bez przewodnika zgubilibyśmy się bardzo szybko. Potem przez przypadek poznajemy na ulicy Rachida. Zaprasza nas na herbatę do pobliskiej kawiarni. Czeka na autobus, ale nie wiadomo, kiedy ten przyjedzie. Z resztą Rachidowi to, kiedy i czym pojedzie, nie robi wielkiej różnicy. Arabowie zawsze mają dużo czasu, nigdzie się nie śpieszą i nie przejmują się za bardzo tym, co będzie. Rozmawiamy o islamie, o naszych planach na pustynię. Rachid daje nam kontakt do kolegi z Merzougi, który pomoże nam na miejscu.

Zachód słońca oglądamy z wieży położonego na wzgórzu ekskluzywnego hotelu. Wieczorem szybko idziemy spać – mamy do nadrobienia dwie nieprzespane noce, a przed nami długi dzień.

Niedziela, 11 lutego

Chcemy wypożyczyć rowery z planem pojechania do gajów palmowych i wąwozu Tudra. Przeczekujemy jednak godziny południowe, bo z nieba leje się żar porównywalny do bardzo gorącego letniego dnia w Polsce.

Jedziemy wśród małych wiosek, wszędzie na ulicach przesiadują dzieci. Przyglądają się nam z ogromnym zainteresowaniem. Witają nas, proszą o słodycze albo drobne. Zagadują do nas także niemal wszyscy mijani dorośli. Po drodze oglądamy gaje palmowe – ogrody nad rzeką, pocięte siatką kanałów irygacyjnych, w których od setek lat uprawia się wiele ważnych gatunków roślin. Następnie jedziemy zobaczyć wąwóz Tudra, na którego dnie płynie rzeka. Woda wypłukała skałę tworząc wąwóz o ścianach 300-metrowej wysokości.

Stan techniczny rowerów jest daleki od dobrego – przerzutki nie działają, do tego co chwilę spada łańcuch. Przynajmniej stanowi to dobry argument do zbicia ceny za wypożyczenie, gdy je oddajemy.

Poniedziałek, 12 lutego

Rano wsiadamy w autobus do Erfud. Tam, razem z poznanymi w autobusie Francuzem Michelem i Hindusem Adityą, szukamy taksówki do hotelu wskazanego przez Rachida. Nie jest łatwo, ale po pewnym czasie udaje się znaleźć coś po przystępnej cenie. Na miejscu kolega Rachida mówi, że nie chce, żebyśmy sami szli na pustynię, bo to niebezpieczne – oaza jest bardzo daleko i się zgubimy bez przewodnika. Możemy za to wynająć u niego przewodnika za 10€/os., albo dodatkowo z wielbłądem, jedzeniem i spaniem w berberyjskim namiocie za 35€. Michel i Aditya decydują się zapłacić, my wolimy pochodzić po pustyni na własną rękę. Znajdujemy tani camping tuż obok. Właściciel jest bardzo sympatyczny. Rozmawia z nami na tarasie do późnego wieczora (oczywiście przy berberyjskiej herbatce). Mówi, że oazę sami znajdziemy bez problemu, wystarczy wyjść na wskazane przez niego wzgórze. Pytany o cenę domu w tej okolicy mówi, że to 10 wielbłądów (1 wielbłąd = 10 000 Dh = 1000€).

Wtorek, 13 lutego

Zmuszam się z trudem, żeby wstać o świcie i pospacerować z aparatem – podobno wschód słońca nad pustynią jest tego wart. Przed południem wyruszamy na Saharę. Za cel obieramy sobie dotarcie do wskazanej przez właściciela campingu oazy i powrót. Na początku wydmy są małe i co chwilę w zagłębieniach między nimi znaleźć można dna wyschniętych jeziorek. Po pewnym czasie jest już tylko piasek. Skwar daje się we znaki, a to przecież zima, więc temperatura jest stosunkowo niska jak na to miejsce.

Po kilku godzinach docieramy do pierwszej oazy. Kawałek dalej znajdujemy następną, podzieloną ogrodzeniami pomiędzy kilku właścicieli. Tu się zatrzymujemy. W oazie jest tylko jeden człowiek, dogląda wszystkiego, gdy nie ma tu turystów. Po chwili wyruszamy z powrotem. Najpierw wdrapujemy się na najwyższą wydmę, skąd rozpościera się niesamowity widok na niemal cały erg, dalej widać czarną hamadę (pustynię kamienistą). Po chwili kończy się woda (pomimo że wzięliśmy jej dużo, i tak okazało się to za mało). Staramy się więc wrócić jak najkrótszą drogą. W sumie pokonujemy tego dnia 10 km po piaszczystej pustyni.

Po powrocie i posiłku wypożyczamy narty i snowboard i idziemy spróbować pozjeżdżać po piasku. Nie idziemy na żadną z większych wydm, bo nie mamy zbyt wiele czasu. Nie jest to co prawda to samo co jazda po śniegu, ale i tak mamy mnóstwo frajdy. Wieczorem wyruszamy do Fezu.

Środa, 14 lutego

Przyjeżdżamy w środku nocy, postanawiamy więc przeczekać do rana na dworcu. Z pewnymi trudnościami znajdujemy w końcu hostel polecany w przewodniku. Tam szybko się myjemy, jemy coś i wyruszamy na zwiedzanie. Po drodze wstępujemy na pocztę, żeby wysłać pieniądze za wypożyczenie nart – poprzedniego dnia wyjeżdżaliśmy w takim pośpiechu, że zapomnieliśmy zapłacić.

Miasto bardzo nam się podoba, dużo bardziej niż Marrakesz – jest tu o wiele spokojniej, medyna sprawia wrażenie większej i ciekawszej. Wchodzimy do medresy Bu Inania – jednej z tylko trzech czynnych świątyń w Maroko, do których wolno wejść nie-muzułmanom. Wstęp kosztuje jedynie 10 Dh. Bardzo bogate i misterne rzeźbienia robią na nas ogromne wrażenie. Znowu przemierzamy kilometry suków. Po drodze pokusa skosztowania przysmaków z ulicy jest silniejsza niż wspomnienia po ostatnich kłopotach żołądkowych. Co chwila kupujemy różne specjały i się nimi raczymy z nadzieją, że już się uodporniliśmy. W pewnym momencie gubimy się w labiryncie ciasnych korytarzy i trafiamy w zaułki, do których pewnie niewielu turystów się zapuszcza. Zabudowa jest tu tak gęsta, że aż trudno sobie wyobrazić, jak można żyć w tej ciasnocie.

Wieczorem zaskakuje nas ponowne spotkanie z naszymi znajomymi – Michelem i Adityą. Akurat zatrzymali się w tym samym hostelu. Oprócz nich jest też dziewczyna z Kanady, młody mężczyzna z tego samego kraju, oraz dwóch chłopaków z Anglii. Do późnego wieczora siedzimy razem na dziedzińcu i rozmawiamy o podróżach i wrażeniach z Maroko.

Czwartek, 15 lutego

Rano jedziemy do starożytnego miasta Meknes. Chodzimy trochę po starówce. Wstępujemy też do mauzoleum Mulaja Ismaila, które jest kolejną spośród trzech wspomnianych świątyń. Potem wyruszamy pociągiem w stronę Tangeru. Niestety w trakcie przesiadki mylimy pociągi i wracamy z powrotem w kierunku Fezu. Bardzo uprzejmy kolejarz załatwia nam przedłużenie ważności biletów. Czekamy więc na dworcu w Fezie na pociąg nocny.

Piątek, 16 lutego

W końcu docieramy do Tangeru, skąd płyniemy promem do Hiszpanii. Łapiemy stopa na Gibraltar. Jak to w Hiszpanii – jest ciężko, ale w końcu bierze nas niezwykle sympatyczna Hiszpanka – Isabel. Nie dość, że zawozi nas na sam Gibraltar, to jeszcze objeżdża z nami cały półwysep pokazując najciekawsze miejsca. Co chwilę mówi, że wprawdzie się śpieszy, bo jest umówiona, ale pokaże nam jeszcze coś ciekawego. Na koniec odwozi nas w dogodne miejsce na stopa. Niestety już się ściemnia, znajdujemy więc przytulne krzaki na nocleg z zamiarem łapania stopa rano.

Sobota, 17 lutego

Cały dzień w drodze, udaje nam się dotrzeć w okolice Granady.

Niedziela, 18 lutego

Stojąc od rana nie łapiemy nic aż do 15:30. Jednak potem jest już dużo lepiej – łapiemy 3 „szybkobiegi” i dojeżdżamy do Murcji, gdzie nocujemy we wnętrzu dużego ronda porośniętym drzewami.

Poniedziałek, 19 lutego

Wreszcie udaje nam się dotrzeć przed granicę z Francją. Zaczynamy odczuwać, że nie jesteśmy już w Afryce – bardzo chłodną noc spędzamy w namiocie na polu w pobliżu parkingu dla tirów.

Wtorek, 20 lutego

Rano się rozdzielamy. Spotykamy się dopiero wieczorem na stacji benzynowej pod Strasburgiem, i to praktycznie przez przypadek. Jadzia i Olek zauważają mnie, jedząc w tirze na stacji kolację, którą poczęstował ich kierowca. Olek wybiega i mnie woła, poznaję sympatycznego kierowcę – Alexandre. Noc spędzamy w namiocie postawionym wewnątrz naczepy tira.

Środa, 21 lutego

Pokonujemy całe Niemcy, w nocy udaje nam się wreszcie dotrzeć do Polski i zakończyć 5-dniową trasę autostopową liczącą około 3350 km (z czego aż 3 dni przypadają na samą Hiszpanię).

I po feriach

Choć podróż nie była praktycznie w ogóle zaplanowana, udało nam się zobaczyć więcej niż początkowo na to liczyliśmy. Zwiedziliśmy najbardziej charakterystyczne miejsca, porozrzucane po całym kraju: byliśmy i w górach, i na pustyni, i nad oceanem, zwiedziliśmy także pobieżnie kilka spośród najciekawszych miast. A koszty? 1200 zł wystarczyło w zupełności. Jedyne 1200 zł, a niezapomnianych wrażeń cała masa.

Całkowita liczba odwiedzin na stronie: 78315