Kenia i Katalonia 2006

W poszukiwaniu kenijskich niedźwiedzi i pirenejskich lwów,
czyli wielka mała przygoda

Galerię zdjęć z tej wyprawy znajdziesz tutaj.
Tekst cytowany pochodzi z relacji Romka.

Jak to się właściwie zaczęło…

Kraków, gorące czerwcowe popołudnie. Ostatnie obowiązki i rozważania nad planem na następne miesiące. Przez przypadek zobaczyłem ofertę przelotu czarterowego do Kenii. Cena była na tyle atrakcyjna, że nie było co się zastanawiać. Kilka telefonów, ekipa zebrana, decyzja w 20 godzin. Przelot w obie strony, tylko tydzień pobytu. Co można zobaczyć w 7 dni w Afryce? Taka okazja może się nie powtórzyć. Dobre i 7 dni. Raz się żyje!

Gdy Romek przedstawił mi propozycję wyjazdu do Kenii, w planach miałem już miesięczną wędrówkę po Pirenejach. Jednak tak się jakoś złożyło, że kupiłem bilet jedynie na samolot powrotny. Nie było więc przeszkód, aby pierwszy tydzień wycieczki w Pireneje spędzić w… Kenii.

Przygotowania przebiegają w trybie „na wariackich papierach”. Z powodów finansowych zalecane szczepienia realizuję w mocno okrojonej wersji, co i tak kosztuje mnie ponad 100 zł. Elementu ryzyka w całej tej sytuacji dodaje fakt, że pełną odporność uzyskuje się po 10 dniach, co przypada na ostatni dzień wyjazdu. Ale lepsze to niż nic, a szczepienie jest na lata i może kiedyś się jeszcze przyda. Resztę szczepień kosztujących w sumie ponad 300 zł odpuszczam obiecując sobie, że nie będę jadł niczego „z ulicy” i zainwestuję w środki na komary.

Sobota, 1 lipca

Szybkie pakowanie, taksówka na dworzec z postojem na aktywację karty płatniczej, w ostatniej chwili wskakujemy do pociągu do Wrocławia. W Katowicach wskakują do niego starzy znajomi z Fanklubu Dżemu. Jadą na koncert Satrianiego. A my do Afryki. Przeglądamy przewodnik i zdjęcia zwierząt. Ciekawe czy spotkamy je na miejscu. Przesiadka na pociąg do Zgorzelca, gdzie dojeżdżamy wieczorem. Dobra kolacja w chińskiej knajpie i krótki nocleg w PTTKu.

Wyruszam z Krakowa później, mam spotkać się z Romkiem i jego tatą w Zgorzelcu. Kilkugodzinne oczekiwanie na przesiadkę we Wrocławiu nie mogło skończyć się inaczej, jak spacerem po tym cudownym mieście. Na Rynku widzę, że coś się dzieje – to koncert nie kogo innego jak samego Joe Satrianiego, znanego na całym świecie mistrza gitary elektrycznej. Co za miła niespodzianka!

Niedziela, 2 lipca

Pobudka o 4:00, prysznic, na stacji w Goerlitz spotykamy Roberta. Szukamy partnerów do Wochenende, ale nie ma zainteresowanych. Kupujemy bilet w 3 osoby, i tak nie wychodzi drogo. Cztery przesiadki i jesteśmy na lotnisku we Frankfurcie. Z jednego pociągu wysiedliśmy za wcześnie, ale jakimś cudem jechał inny w tym samym kierunku 2 minuty później. Zdążyliśmy. Jaś czeka na nas przy wyjściu z metra w gotowości. Ogromne lotnisko, setki samolotów, nie łatwo odnaleźć właściwy. Długa kolejka do oprawy. W ostatniej chwili policja zamyka część hali przy naszym gate. Może nie jest nam dana wyprawa do Afryki? Ze sporym opóźnieniem odlatujemy prawie pustym Airbusem do Dusseldorfu, gdzie przesiadamy się na właściwy lot do Mombasy. Teraz samolot wypełniony jest do ostatniego miejsca. Współtowarzysz podróży zakłada długie rajstopy, chyba nie dlatego, że tańczy w balecie. Ja jednak pozostałem w krótkich spodniach. Przecież lecimy do Kenii.

Na podstawie niemieckich pociągów można ustawiać zegarek. Poważnie.

Poniedziałek, 3 lipca

Lądujemy z opóźnieniem. Z okien widać było tylko światła linii brzegowej Półwyspu Apenińskiego, a potem już tylko okolice Mombasy. Żeby oszczędzić 30 dolarów kupujemy wizę tranzytową mówiąc, że jedziemy do Tanzanii. Ciekawe czy będą problemy w drodze powrotnej. Przy wyjściu z lotniska czeka już na nas umówiony taksówkarz Combo. Strasznie się denerwuje, że długo czekał i musi odwołać innych klientów. Chyba będzie drogo, trudno. Dość wczesny poranek, choć już trochę palące słońce. Najpierw jedziemy na stację kolejową kupić bilet do Nairobi. Pociągi jeżdżą tam nocą dwa razy w tygodniu, najbliższy we wtorek. Pomimo ostrzeżeń, że mogą być problemy z dostępnością biletów kupujemy je bez problemu. Stacja w drugim co do wielkości mieście w Kenii to jeden rozwalający się domek z dwoma kasami. Pytamy gdzie dworzec, obsługa pokazuje tory za domkiem. Czyli powinniśmy odjechać. Po kawie w dość europejskim bistro ruszamy na szybkie zwiedzanie miasta. Nie robi ono na nas większego wrażenia, sporo ludzi, walające się śmieci, jeżdżące samochody i tamtejsze busiki – matatu. Uliczne stragany i sprzedawcy co rusz oferujący swoje towary. Znajdujemy sporo analogii z miastami w Indiach, jednak tu jest dużo mniej ludzi i mniejszy chaos. Na uwagę zasługuje starówka, labirynt uliczek, stare domy, brak bieżącej wody, trudne warunki życia, które jednak płynie dość spokojnie. Po południu jedziemy do Diani Beach, określanej najpiękniejszą w Afryce, jakieś 30 km od miasta. Zatrzymujemy się w domku prawie na samej plaży. Obsługa ostrzega, żeby dobrze zamykać drzwi, bo często wskakują małpy. Plaża ładna, lecz nie wiele ją różni od śródziemnomorskich. Morze słone, czyste i ciepłe. Mało ludzi, bo teraz nie ma sezonu turystycznego, kenijska zima, ok. 20 stopni. Wycieczka do sklepu, gdzie kupujemy miejscowe whisky za ok. 2 zł. Z colą stanowi niezłego drinka. Spotykamy bardzo miłych kolegów, którzy proponują nam wyprawę łodzią na rafę koralową. Umawiamy się na następny dzień i powoli idziemy spać.

O świcie wita nas ciepłe i wilgotne afrykańskie powietrze. Taksówkarz dwoi się i troi kombinując, jak wydusić z przyjezdnych jak najwięcej grosza. Mimo to jest bardzo rozmowny i sympatyczny.

Miasto przypomina mrowisko. Tłumy ludzi podążają, jedni szybciej, drudzy wolniej, w różnych kierunkach. Cała rzesza ulicznych sprzedawców nakłania przechodniów do zakupu, hałaśliwie zachwalając swój asortyment jako towar najlepszej jakości. Należy pamiętać, że początkowa cena – zwłaszcza dla białego – znacznie przekracza tą, za którą sprzedawca jest ostatecznie skłonny sprzedać towar. Umiejętność targowania się i negocjacji jest tu wręcz nieoceniona.

To, co dzieje się na ulicach, przechodzi wszelkie pojęcie przeciętnego Europejczyka. Żadne zasady na drodze nie obowiązują. Chociaż nie, są dwie: prawo dżungli (pierwszeństwo ma zawsze większy) oraz „pchaj się ile wlezie”. Pierwsza zasada w połączeniu z ruchem lewostronnym może być dla przyjezdnych śmiertelnie niebezpieczna, gdyż pieszy na jezdni nigdy nie jest przepuszczany, a jedynie otrąbiany i przeganiany. Przyzwyczajenie się do tego odmiennego niż w „świecie cywilizowanym” traktowania zabiera trochę czasu i naprawdę trzeba mieć oczy dookoła głowy. Co do drugiej zasady – w Kenii nie ma nigdzie świateł ulicznych, bo nie są potrzebne. Ruch reguluje się sam. Choć trudno w to uwierzyć, ruch na skrzyżowaniu polegający na powolnym przeciskaniu się pojazdów w odległości 10 cm od siebie jest dość płynny, a kolizji jest mniej niż można by się tego spodziewać. Porządek w chaosie. Co ciekawe, nikt tam się na nikogo nie denerwuje, nie krzyczy, nie wystawia palców środkowych – raz ty się wciśniesz, raz ktoś się wciśnie przed ciebie i wszystko jest OK.

Kenijczycy to bardzo otwarci i przyjaźnie nastawieni ludzie, co uwidacznia się zwłaszcza gdy zobaczą Białego. Idąc ulicami miasta co rusz spotykamy kogoś krzyczącego z uśmiechem: „jambo, hakuna matata!” (suahili: „cześć, nie ma problemu!”). Także w kontaktach między sobą tubylcy są dość serdeczni.

Biali utożsamiani są z bogactwem i szansą na dobry interes. Co chwila ktoś podbiega i proponuje zakup lub wymianę (po pewnym czasie staje się to uciążliwe). Bieda – owszem, jest zauważalna. Widzi się ludzi w starych, brudnych ubraniach, od czasu do czasu wychudzone twarze. Jednak, dla kontrastu, wielu z nich ma telefon komórkowy. Wrażenie biedy częściowo potęgowane jest przez ogólny brak przywiązania do estetyki i czystości. Miasta dosłownie toną w śmieciach, nikt też nie kwapi się do schludnego urządzenia przestrzeni miejskiej czy zagospodarowania nieużywanych jej fragmentów. Być może ludzie tam mają ważniejsze problemy – ceny porównywalne są do polskich, zarobki z pewnością nie.

„Przewodnik” po starówce, który jest znajomym naszego taksówkarza, oprowadza nas wokoło Fort Jesus – fortecy wybudowanej przez portugalskich kolonialistów. Jako materiału budowlanego użyto rafy koralowej (ciekawe, co by było, gdyby istniało wtedy Greenpeace). Do środka nie wchodzimy, gdyż cena jest jak dla nas za wysoka (zwłaszcza w takich miejscach widać, że wszyscy turyści są tutaj traktowani jako bogacze „do wyciśnięcia” – cena biletu dla przyjezdnych jest 10 razy wyższa od ceny dla Kenijczyków).

Na koniec Kombo zawozi nas do niezwykle taniego jak na ten rejon hoteliku. Niska cena dziwi tym bardziej, że od pokoju na plażę mamy dosłownie kilkadziesiąt metrów. Pierwsza rzecz, o której każdy z nas marzył, to kąpiel w Oceanie Indyjskim – woda jest niesamowicie przejrzysta i ciepła. Na plaży co chwilę natknąć się można na niewielkiego kraba lub muszlę wyrzuconą przez morze. Ziarenka białego piasku są tak drobne, że przypomina on cukier puder.

W miejscowym sklepiku przychodzi czas na wypróbowanie poleconego przez znajomą lokalnego produktu Coca-Coli – Stoney Tangawizi. Jest to napój gazowany zawierający tangawizi, co w miejscowym języku oznacza imbir. Bardzo ostry, charakterystyczny smak, na początku trudno się przyzwyczaić. Po chwili jednak zaczyna smakować coraz bardziej, aż w końcu ma się ochotę na więcej i więcej.

Wtorek, 4 lipca

Poranek rozpoczyna się od walk z małpami, które porywają z tarasu świeżo zakupione banany. Płyniemy na rafę łodzią budowaną tak samo chyba od kilkuset lat. Woda czysta, piękne podwodne obserwacje, które można przeprowadzać w masce lub okularach. Załogę stanowi czterech chłopców. Żyją z turystyki, znają kilka słów po polsku, uczą nas suahili. Nie biorą dużo pieniędzy, lecz proszą o ubrania i jedzenie. Jeden opowiada o swoim bracie, którzy nie może chodzić do szkoły, bo nie stać ich na mundurek i zeszyty. Prowadzą nas pod palmy i demonstrują technikę zrywania kokosów. Robert i Jaś testują ją z powodzeniem. Popijamy mleko kokosowe, przychodzą miejscowi miłośnicy reggae proponując jointa. Cena bardzo przystępna, ale nie jesteśmy amatorami. Szybki obiadek w postaci zupki chińskiej i polskiego sera żółtego. Idziemy na główną drogę, łapiemy matatu. Wszędzie jeżdżą takie same zniszczone Nissany, ludzie wsiadają w biegu, naganiacze krzyczą głośno kierunek i zbierają kasę. Czasem jadą trzymając się pojazdu tylko jedną ręką. Niezależnie w jakim byłby stanie pojazd, posiada porządne nagłośnienie, najczęściej w rytmach reggae lub starych hiciorów. Dziury w drodze mieszczą prawie całe koła. Ludzie uśmiechnięci, żywiołowo rozmawiający miedzy sobą, zainteresowani naszymi osobami. Jeden chce od Jasia kupić czapkę. Po dwóch przesiadkach i przepłynięciu promem na wyspę, na której znajduje się Mombasa, dojeżdżamy do dworca kolejowego. Już gromadzą się ludzie, choć pociąg odjeżdża za dwie godziny. Robimy zakupy w markecie i wsiadamy do wagonu. Druga klasa, bez jedzenia i pościeli. Eleganckie skórzane kanapy, umywalka, światło tylko podczas jazdy, ale rozdają przenośne lampki. Niedużo ludzi, w zasadzie mogliśmy kupić miejsca siedzące. W megafonie pani informuje, że pociąg odjedzie pół godziny później. Robert przez przypadek ciągnie za hamulec bezpieczeństwa, cały wagon syczy. Kolejarze biegają z latarkami i szukają przyczyny awarii. Znajdują, ale nic nie mówią. Co chwilę elegancko ubrana obsługa przychodzi, wita, pyta o zdrowie, pozdrawia i życzy miłej podróży. Ruszamy w tempie wozu z koniem, ale potem przyśpieszamy. Spacerek do wagonu restauracyjnego na piwo, które serwują Murzyni w białych garniturach. W przedziale obok Rumunka i Angielka jadące na wolontariat, niestety nie bardzo rozmowne. Czas spać.

Oryginalna żaglówka robi wrażenie. Technika jej budowy i obsługi jest wręcz starożytna, a zrobienie zwrotu to dość skomplikowana operacja, włączająca przeciąganie szotu żagla przed masztem oraz przeskakiwanie osoby balastującej i utrzymującej żagiel na drugą burtę. Takimi łodziami wciąż pływają wszyscy tubylcy, by móc złowić w morzu trochę ryb na posiłek dla siebie i rodziny, zwłaszcza, gdy jest po sezonie i nie można zarobić na turystyce.

Rafa koralowa wbrew oczekiwaniom nie jest taka jak w telewizji – pełna bajecznych kolorów i ton ryb w ławicach, jednak i tak zachwyca ilością stworzeń, jakie można zobaczyć wsadzając tylko głowę pod wodę. Co się tyczy kokosów, to mogę powiedzieć tylko tyle, że kokos prosto z drzewa smakuje o niebo lepiej niż jakikolwiek zakupiony w sklepie w Polsce. Wliczając do tego satysfakcję z własnoręcznego zerwania go z palmy niczym Robinson Crusoe – za to nie zapłacisz kartą MasterCard.

Matatu to podstawowy środek lokomocji w Kenii, do tego stosunkowo tani. Krąży ich tu po wszystkich drogach i ulicach wręcz niezliczona ilość. Każdy jest indywidualne ozdobiony malunkami i wielkimi napisami o treści bądź religijnej, bądź to nawiązującej do popkultury. Niezwykły kolorowy jarmark na kółkach. Do tego w godzinach wieczornych zauważyć można, że niemal obowiązkowym wyposażeniem każdego z nich jest lampa ultrafioletowa zainstalowana w kabinie pasażerów.

Największe zdumienie budzi myśl, jak te niepozorne małe autka są w stanie jeździć po tutejszych drogach i jeszcze się nie rozpadły. Z drugiej strony nie dziwi fakt, że w każdym mieście niemal co drugi sklep służy zaopatrzeniu w… części samochodowe. Wspomniane już dziury sprawiają, że kierowcy niemal tańczą na drogach balet. Jednak i tak jest dobrze, gdy droga jest utwardzona, większość kraju pokrywają drogi gruntowe, a jedynie te ważniejsze są asfaltowe. W miastach jest trochę lepiej, ale też nie wszędzie jest asfalt, a ten co jest pozostawia wiele do życzenia. Po niedługim czasie spędzonym w Kenii z pewnością przez jakiś czas nie można powiedzieć złego słowa o polskich drogach.

Co się tyczy hamulca bezpieczeństwa, to trzeba przyznać, że nam się upiekło. Odjeżdżamy po 19:00, a tutaj oznacza to noc (Kenia leży na równiku, więc przez cały rok dzień i noc trwają równo po 12 godzin, od siódmej do siódmej – to kolejna rzecz, do której niełatwo się przyzwyczaić). Czekając w pociągu na stacji tkwimy wręcz w egipskich ciemnościach. Chcemy zapalić światło, więc każdy z nas szuka włącznika macając dookoła ściany przedziału. Natykam się na całkiem niepozorną gałkę. Przekręcam. Dalej jest ciemno, ale za to spod wagonu wydobywa się dziwny syk. Po chwili obsługa pociągu zaczyna nerwowo szukać przyczyny i ją znajduje. Na wszelki wypadek siedzimy jak gdyby nigdy nic starając się nie rzucać w oczy, choć dla obsługi jasne jest, co się stało. Nikt jednak nie ma do nas żadnych pretensji ani o nic nie pyta. I dobrze, bo jak później przeczytamy na tabliczce obok – za nieuzasadnione użycie hamulca grożą poważne kary z więzieniem włącznie. Po chwili ktoś z obsługi przynosi dużą lampę na baterie i wyjaśnia, że światło nie działa gdy pociąg stoi i do momentu wyruszenia możemy używać tej właśnie lampy.

Niestety drogę Mombasa-Nairobi pokonujemy nocą, a szkoda, bo podróż koleją tą trasą obfituje podobno w niezwykle malownicze widoki.

Środa, 5 lipca

Pociąg stoi w miejscowości Sułtan-Hamud. Po kilku godzinach konduktorka informuje, że nie pojedzie dalej. Przesiadka do matatu. 100 km dziurawej drogi i jesteśmy w Nairobi. Zostawiamy rzeczy u naszego przyjaciela i po krótkim odpoczynku udajemy się na spacer po mieście. Centrum chaosem i ilością ludzi przypomina miejscami Indie, jednak budownictwo w większej części jest bardziej europejskie. Asfaltowe ulice, chodniki, wieżowce. Tu afrykańskie interesy załatwia wiele międzynarodowych koncernów. Kupujemy powrotny bilet do Mombasy, żeby mieć względną pewność, że zdążymy na samolot. Wybieramy najtańszą ofertę Exciting Line. Zapewniają, że podróż o dystansie 600 km będzie trwała 6 godzin. Ciekawe czy firma w ogóle istnieje. Aby wsiąść do matatu w kierunku domu musimy przepychać innych potencjalnych pasażerów. Obowiązuje zasada kto pierwszy ten lepszy, niezależnie od wieku i płci.

Będąc w Afryce, momentami tęskni się do precyzyjnej niemieckiej kolei, gdzie nic nie ma prawa się zepsuć. Albo do biur rezerwacji, które nie są drewnianym, rozwalającym się barakiem, po odejściu od którego ma się wątpliwości, czy autobus na który właśnie kupiło się bilet w ogóle istnieje. Ale przecież po to się podróżuje, żeby zobaczyć, że nie wszędzie jest tak samo jak u siebie.

Nie moglibyśmy na pewno tak łatwo i wygodnie podróżować po Kenii gdyby nie niezwykle gościnny człowiek, który nas przyjął – pan Tomasz. Polak mieszkający od wielu lat w Kenii i pracujący w pobliskiej bazie ONZ, będący znajomym taty Romka, starał się nam pomóc i umilić wizytę w Afryce jak tylko mógł. Jego dom to istne zoo: znaleźć tam można kota, który nigdy nie ma dość głaskania, trzy labradory, dwa zabawne tybetańskie pieski, pawia i panią pawiową, żółwie, kurę, gęś, rybki, i sam już nie pamiętam co jeszcze. Poznaliśmy też sympatyczną służbę – ogrodnika Jeffreya oraz kucharkę Teresę.

Czwartek, 6 lipca

Wczesnym porankiem wsiadamy do matatu do Nakuru, gdzie jest jeden z najpiękniejszych kenijskich parków narodowych. Dziesiątki sprzedawców oferują podróżnym napoje, jedzenie i inne według nich przydatne przedmioty. Wciskają je przez okno pojazdów i oczekują zapłaty. Jasiu za około dolara nabył starter miejscowej sieci komórkowej Safaricom, niestety 0 na koncie. Droga miejscami dobra, miejscami w budowie, a czasem w ogóle jej nie ma. Dopłacamy kierowcy i zawozi nas pod samą bramę parku. Kupujemy niestety drogie bilety $40/24h. Ze względu na niebezpieczne zwierzęta park można zwiedzać tylko samochodem. Zorganizowane safari z przewodnikiem kosztuje fortunę, taksówka też droga. Próbujemy się do kogoś doczepić. Sami turyści z Europy Zachodniej i USA, nie rozumieją naszego problemu. Mają wolne miejsca, ale chcą spore pieniądze. Złapanie stopa wymaga czasu, którego mamy mało. Wreszcie spotykamy pseudo-taksówkarza, który zgadza się nas przewieść za mniejszą sumę. Szyby otwiera się wyjmując je prawie z uszczelek, pojazd czasami staje, ale jest ok. Jedziemy jeszcze po benzynę i zatrzymujemy się w lokalnej knajpce. Ludzie bardzo entuzjastycznie nas witają. Pan w średnim wieku opowiada, że studiował ekonomię w Londynie i chciałby wrócić do Europy, żeby wykorzystać swoją wiedzę. Jest to trudne, prosi o pomoc, wymieniamy adresy. Park robi na nas spore wrażenie. Na niedużej powierzchni jest jezioro i las, spotykamy zebry, flamingi, nosorożce, gazele, małpy i pawiany. Trochę denerwuje nas, że wraz z innymi zwiedzającymi zakłócamy spokojną egzystencję tych zwierząt. Ale jak inaczej je zobaczyć? Kierowca co chwilę się zatrzymuje i mówi, że zaraz zabraknie nam benzyny. Zaczyna padać deszcz, zbiera się na burzę. Nasz przewodnik sprawia wrażenie jakby był w tym miejscu po raz pierwszy. Na szczęście mamy mapę i skutecznie prowadzimy go do bramy wyjazdowej. Tam okazuje się, że bilet, choć 24-godzinny, po wyjeździe z parku traci ważność. Trudno, jutro już tutaj nie wrócimy. Śpimy w hotelu, który zarezerwował nam nasz przyjaciel z Nairobi. Sympatycznie, choć drożej niż w Diani Beach.

Czwórka białych ludzi wywołuje w lokalnej knajpce prawdziwą furorę. Przychodzi nawet fryzjer z sąsiedniego lokalu, który chce z nami porozmawiać, gdy dowiaduje się o naszej obecności. Z wieloma miejscowymi trudno się dogadać. Co prawda angielski, obok suahili, jest w Kenii językiem urzędowym, jednak Kenijczycy mają do niego sporą niechęć jako do „języka kolonialistów” i używają go tylko sporadycznie, przez co raczej słabo go znają. Dodatkowym utrudnieniem jest specyficzna afrykańska wymowa, która sprawia, że trzeba się naprawdę dobrze wsłuchać, żeby zidentyfikować angielskie słowa. Trochę lepiej jest w rejonach turystycznych. Poza wymienionymi językami każdy Kenijczyk zna jeszcze trzeci – język swojego plemienia, których jest w Kenii około 40. Ludzie należący do tego samego plemienia porozumiewają się zwykle w swoim języku plemiennym, natomiast członkowie różnych plemion muszą używać suahili, gdyż ich języki zbytnio się od siebie różnią, aby komunikacja była możliwa.

Zależy nam na tym, żeby park narodowy zobaczyć najpierw wieczorem, a potem następnego dnia rano. Pan Tomasz tłumaczył, że w ten sposób można zobaczyć najwięcej zwierząt, gdyż różne ich grupy są aktywne o innych porach dnia. Jesteśmy więc bardzo rozczarowani, gdy okazuje się, że zasady wstępu do parku uległy zmianie i po wyjeździe z niego bilet traci ważność. Na następny nas już nie stać. Długie negocjacje ze strażnikiem przy bramie wjazdowej kończą się niepowodzeniem, pomimo argumentacji, że jesteśmy biednymi studentami z Polski i przejechaliśmy pół świata specjalnie po to, żeby zobaczyć właśnie ten park. Delikatne zapytanie czy strażnik nie mógłby po prostu przymknąć oczu podczas naszego wjazdu następnego dnia zostaje odczytane wręcz jako próba wręczenia łapówki – korupcja jest w tym kraju olbrzymim problemem i w związku z szeroko zakrojoną akcją jej zwalczania wszyscy funkcjonariusze są niezwykle ostrożni. Choć więc wręczenie łapówki nie jest wcale naszą intencją, strażnik zaczyna się tłumaczyć, że nie może nic zrobić, bo przyjedzie kontrola i będzie miał ogromne kłopoty. W międzyczasie rozpętała się intensywna burza, rozgoryczeni wyruszamy w kierunku hotelu, a deszcz zacina przez szparę w zepsutym oknie. „Taksówkarz” pomimo swoich zapewnień nie zna zbyt dobrze drogi do hotelu i błądzi. Po dłuższym kluczeniu i wypytywaniu nielicznych napotkanych miejscowych o drogę udaje się odnaleźć cel. Hotel nie jest tani jak na nasze kieszenie, ale właściciel zgadza się obniżyć cenę w związku z tym, że zastanawiamy się nad natychmiastowym powrotem do Nairobi. Liczyliśmy na poranną kąpiel w hotelowym basenie, jednak nic z tego – rano wita nas mżawka i „jedynie” 16°C (w końcu przyjechaliśmy, gdy w Kenii panuje „zima”).

Piątek, 7 lipca

Chcieliśmy się wykąpać w hotelowym basenie, ale pada deszcz i jest ok. 16 stopni. Czy naprawdę jesteśmy w Afryce? Nie stać nas niestety na zwiedzanie innych parków narodowych więc wracamy do Nairobi. Tata i Robert wsiadają w matatu, a ja z Jasiem postanowiliśmy sprawdzić czy w Kenii da się jeździć stopem. Nie minęło kilka minut po wyjściu na drogę i zatrzymuje się dostawczy samochód Coca-Coli. Szoferka zajęta więc wskakujemy na pakę. Brak światła, robimy zdjęcia z fleszem, żeby zobaczyć gdzie jesteśmy. Siedzimy na nogach plastikowych krzeseł ogrodowych trzymając się jakichś koszy. Droga robi się coraz bardziej dziurawa, nieźle podskakujemy. Po kilkudziesięciu minutach walimy w dach w nadziei, że kierowca się zatrzyma. Na szczęście usłyszał. Wysiadamy, dziękujemy tłumacząc, że nasze kości ogonowe względnie psychika mogą tego dłużej nie wytrzymać. Całkiem ładny krajobraz, mija nas Tata i Robert w matatu. Chwilę później zatrzymuje się ciężarówka wioząca kawę z Ugandy. Jedzie do Mombasy, żeby załadować kawę na statek, ale wcześniej musi zrobić postój. Potem łapiemy 3 chłopaków w miarę nowym tirze Renault. Na uchwycie od lusterka mają kolce, to ochrona przed, jak mówią, nocnymi bandytami. Wszyscy pytają nas o Polskę, gdzie leży, jaki jest tam klimat, czy są małpy i rasizm. Wymieniamy się kontaktami, proszą o telefon jak dojedziemy. Kolejne kilkadziesiąt kilometrów jedziemy bardzo wolno, kierowcy najwyraźniej się nie śpieszy, absorbuje go bardzo konwersacja. Chce zaprosić nas do swojego domu i pokazać Mount Kenia. Odmawiamy z braku czasu. Zatrzymuje się przy przydrożnych straganach, żeby kupić warzywa dla swoich dzieci. Kilkanaście kobiet sprzedaje kilkanaście kilo ziemniaków. Pewnie siedzą tak cały dzień. Jakieś dziecko chodzi ubrane w worek na ziemniaki. Chłopak biega za przejeżdżającymi samochodami oferując ciasteczka i lizaki. Czy ci ludzie są szczęśliwi? Czy wiedzą jak żyją inni? Do centrum Nairobi zawozi nas elegancki pan. Wysiadamy pod znaną już kafejką internetową, sprawdzamy pocztę i robimy zakupy. Konsumpcja jogurtu z bagietką w naszym wykonaniu na ulicy, nie wiedzieć czemu, budzi w miejscowych niezwykłą radość. Czas na dobre piwko Tusker i podsumowanie – w Kenii bez problemu można jeździć stopem. Nie czekaliśmy dłużej niż 5 minut, nikt nie chciał kasy za przejazd.

Romek i Jaś wybierają autostop, natomiast tata Romka i ja wysiadamy w połowie drogi z matatu aby móc zobaczyć z punktu widokowego Wielki Rów Afrykański. Choć chmury są nisko (co w tym bardzo wysoko położonym miejscu jest podobno normą), widok i tak jest niesamowity.

Kenijczycy oceniają swój kraj jako dość niebezpieczny, zwłaszcza nocą. Zdziwiła nas na przykład rutynowa procedura przeszukiwania wszystkich pasażerów matatu na miejscowym posterunku policji przed każdym wyjazdem na dłuższą trasę. Powodem są przypadki porwań matatu przez uzbrojonych rabusiów, którzy ograbiają pasażerów i uciekają. W związku z tym kierowcy matatu kierują się na policję dla bezpieczeństwa pasażerów i ich własnego w celu upewnienia się, że nikt nie wnosi broni.

Sobota, 8 lipca

Dzisiejszy dzień spędzamy dość spokojnie. Najpierw zwiedzamy centrum ONZ. Samowystarczalny teren posiadający własną łączność, wodę, ścieki, elektryczność itp. Tutaj odbywa się wiele międzynarodowych konferencji dotyczących Afryki. Potem zakupy w centrum, nie ma nic specjalnie ciekawego, a ceny dość wysokie. Potem ładny spacerek po plantacjach kawy i herbaty. Idziemy także do dwóch galerii współczesnego kenijskiego malarstwa. Twórcy prezentujący swoje prace na całym świecie na co dzień wystawiają je wraz z przyjaciółmi w małych, często nieoznaczonych domkach na przedmieściach. Wieczorem jemy dobrą kolację w hinduskim centrum handlowym. Prawie jak w Indiach, choć mogłoby być bardziej ostre.

Siedziba ONZ jest miejscem dość wyjątkowym – obszar eksterytorialny na przedmieściach stolicy Kenii, całkowicie autonomiczny i niezależny. Trzeba mieć paszport żeby móc tu wejść.

Malarstwo młodych Kenijskich twórców, prezentowane w niepozornych domach, wspólnie przez nich wynajmowanych i przerobionych na galerie, zaskakuje swą dojrzałością. Szczerze mówiąc spodziewałem się jakichś prymitywnych plemiennych bohomazów, a zobaczyłem wciągające obrazy na chyba niezłym poziomie, którym uroku dodają liczne akcenty afrykańskie.

Niedziela, 9 lipca

Czas wracać do Mombasy. Pociąg odjechał niestety w piątek, a następny za kilka dni. Wsiadamy do autobusu, co prawda nie Exciting Line, ale konduktor szybko wymienił nam bilety na właściwe. Przemieszczamy się dość szybko w rytm jakiejś płyty reggae z częstymi postojami w celach sanitarno-kulinarnych. Dużo dziur, skaczemy, boję się czy potem odczytam zapiski sporządzane w tym dzienniku. Przejeżdżamy prawie długość Polski, a widać tylko kilka wiosek. 600 km w 8 godzin to niezły wynik. Lądujemy w przyjemnym tanim hotelu w muzułmańskiej dzielnicy. Dobry kebabik z frytkami w pobliskim barze i mniej dobre wiadomości polityczne z Polski w kafejce internetowej. Wyjazd dobiega końca, jutro rano mamy lot do Frankfurtu. Potem każdy jedzie w swoją stronę. Było warto, nawet na 7 dni. Jeszcze wrócimy do Afryki.

W Kenii zaskakujące jest to, jak wiele jej powierzchni jest niewykorzystane. Na obszarze niemal dwukrotnie większym od Polski żyje mniej niż 35 mln ludzi. Przez większość drogi pejzaż składa się z bardzo czerwonej afrykańskiej gleby, porośniętej z rzadka niewielkimi krzewami lub drzewami – zwłaszcza bardzo charakterystycznymi dla krajobrazu afrykańskiego akacjami z szeroką, płaską koroną. Czasem z równego terenu wyrasta skaliste wzgórze. Przy drodze widać pasące się bydło, najczęściej krowy (sprowadzone do Afryki przez Europejczyków, a hodowane do dziś). Jeśli dobrze wysili się wzrok, to przy odrobinie szczęścia można wypatrzeć bardziej dzikich mieszkańców Czarnego Lądu, np. rodzinę żyraf spacerującą kilkaset metrów od drogi.

Poniedziałek, 10 lipca

Na lotnisku pojawiają się obawy, czy przekręt z wizą wypali. Jednak nie dając nic po sobie poznać przechodzimy pewnie przez kontrolę paszportową. Nikt nie zwraca uwagi, teraz przed nami 8 godzin lotu…

Lądujemy we Frankfurcie. Strasznie ciepło, dużo cieplej niż w Afryce. Cała Europa od tygodnia dręczona jest upałami po 35-40°C.

Tata Romka wsiada w autobus do Polski, natomiast przed nami dalsza część przygody wakacyjnej. Odnajdujemy ósemkę znajomych przybyłych tu z Polski i całą zgrają udajemy się do parku miejskiego odpocząć po trudach podróży i zrobić małą imprezę. Nocleg w parku w samym centrum miasta przebiega niezwykle spokojnie. Nawet policjantka, przechodząc obok nas podczas patrolu, spogląda tylko w naszą stronę upewniając się, że wszystko jest w porządku i odchodzi bez słowa. Nic dziwnego, że nawet dzikie króliki czują się tu bezpiecznie, zamieszkując park w niezliczonej ilości.

Wtorek, 11 lipca

Następnego dnia nasze drogi częściowo się rozchodzą – jedni lecą do Dublina, inni wyruszają do Szwajcarii i na Lazurowe Wybrzeże, a ja podążam w kierunku Montpellier. Pierwszy odcinek pokonuję wspólnie z tą drugą grupą. Szukamy we Frankfurcie miejsca do łapania stopa. Choć chcieliśmy tego uniknąć, lądujemy na autostradzie. I tu kolejne pozytywne rozczarowanie niemiecką policją – ich pojawienie się było kwestią kilkunastu minut, ale zamiast spodziewanego opieprzu i mandatu otrzymujemy jedynie troskliwe kazanie o niebezpieczeństwach przebywania na autostradzie. Proszą, żebyśmy chwilę poczekali. Po kolejnych kilku minutach nadjeżdża policyjny bus i zabiera nas wszystkich spory kawałek dalej, na stację benzynową. Policjanci żegnają nas z uśmiechem słowami: „no, to tu możecie bezpiecznie łapać stopa”.

Chcę dotrzeć do Montpellier jeszcze tego samego dnia, jednak wypadek na autostradzie jest przyczyną kilkunastokilometrowego korka. Wieczorem ląduję na stacji benzynowej, gdzie szukam miejsca na nocleg – jest już późno i szanse na złapanie czegokolwiek są marne. Gdy myję się w toalecie, zagaduje do mnie młody chłopak. Spogląda na mój duży plecak i pyta skąd jadę i czy podróżuję stopem. Podwozi mnie do następnej stacji, kilkadziesiąt kilometrów od celu, a na koniec jeszcze daje kanapkę i batona (upiera się żebym wziął, bo on już się najadł i nie ma co z tym zrobić). Przy kolejnej stacji, na parkingu dla tirów, spotykam Polaka z żoną. Mówi, że jedzie przez Montpellier, ale dopiero jutro. Poszukiwania miejsca na nocleg okazują się bezowocne – na nowo wybudowanej stacji nie ma żadnych krzaków, nawet trawa nie zdążyła jeszcze urosnąć. Przyjmuję więc propozycję Polaka, aby przespać się na pace i jechać jutro z rana. Noc jest niesamowicie gorąca, do tego plandeka jest bardzo nagrzana po całym dniu na słońcu. Zanim więc zasnąłem, zdążyłem się porządnie spocić od samego leżenia.

Środa, 12 lipca

Ostatni odcinek pokonuję z dwoma Rumunami, którzy pracują w Hiszpanii, często zdarzało im się też jeździć do Polski. Są bardzo uprzejmi, jeden z nich widząc moją brudną koszulkę (białe ubrania to nie jest dobry pomysł na stopa) daje mi nową – na nic moje tłumaczenie, że mam czyste ubrania w plecaku, tylko po prostu nie miałem się kiedy przebrać. Każe mi ją założyć i już.

Docieram na obrzeża Montpellier, w którym mieszka znajoma mojej mamy. Mam na kartce jej adres, ale nie mam pojęcia gdzie iść. Pytam o drogę, ktoś ma akurat plan miasta. Staram się jak najdokładniej zapamiętać trasę i ruszam na piechotę. Trochę błądzę gdy jestem już niedaleko, wstępuję więc do apteki by spytać o drogę. Klienci, małżeństwo w średnim wieku, mówią, że mieszkają na ulicy której szukam i mnie podwiozą, bo akurat jadą do domu. Lepiej być nie mogło.

Już po chwili spotykam się z panią Ewą. Wreszcie okazja, żeby się umyć i wyprać wszystkie rzeczy, dobrze zjeść i nabrać sił na dalszą podróż. Jedziemy nad morze, najpierw zobaczyć miejscowość turystyczną Le Grande Motte, która charakteryzuje się niezwykłą architekturą – kształt dosłownie każdego budynku w tym miasteczku inspirowany jest marynistyką, przypomina wydęte żagle lub fale na wodzie. Również kościółek, wybudowany w dość nowoczesnym stylu, oraz ogromny port pełen drogich jachtów, robią wrażenie.

Kolejnym punktem wycieczki jest kąpiel w Morzu Śródziemnym. Jedziemy do Palavas-les-Flots, gdzie jest trochę spokojniej i mniej komercyjnie. Woda trochę chłodniejsza niż w Oceanie Indyjskim, ale też bardzo czysta.

Późnym wieczorem pani Ewa oprowadza mnie po centrum Montpellier – jestem wręcz zauroczony. Panuje tu niesamowita atmosfera. Mimo bardzo późnej pory wszelkie parki, ogródki i place miejskie tętnią życiem. Młodzi ludzie zbierają się w grupki i śpiewają przy dźwiękach gitary lub rozmawiają przy piwie. Architektura miasta to swoista mieszanka typowej staromiejskiej zabudowy, monumentów, parków i budynków użyteczności publicznej stylizowanych na architekturze rzymskiej, a całości dopełnia fascynująca katedra z gotycką fasadą rodem z mrocznej legendy. Dwie kolosalne wieże podpierające wysoki strop swoim ogromem sprawiają, że człowiek czuje się malutki jak mrówka.

Czwartek, 13 lipca

Pora ruszać w stronę Pirenejów. Najwyraźniej wstałem tego dnia prawą nogą, bo prawie wszystkie stopy łapią się same. Pierwszy na bramkach autostrady. Żegnam się z Panią Ewą, gdy koło nas zatrzymuje się samochód, a sympatycznie wyglądający kierowca pyta, czy mam zamiar łapać tu stopa, bo tak właśnie wyglądam. Na samym wstępie prosi o pomoc w dokończeniu lodów, których kupił za dużo i nie jest ich w stanie sam zjeść. W trakcie rozmowy okazuje się, że jest księdzem, pół-francuzem, pół-tunezyjczykiem. Kolejny stop to tak naprawdę samochód, który zatrzymał się tuż koło mnie z powodu kłopotów z silnikiem. Kierowca zwalniając pokazuje rękami, że nie zamierza mnie wziąć. Mimo wszystko podchodzę i pytam czy nie podwiezie mnie chociaż 10 km do Perpignan. Udaje mi się wprosić. W Perpignan idę na wylotówkę, a tuż przede mną zatrzymuje się mały samochód. Przechodząc obok widzę, że kierowca, młoda kobieta, zaprasza mnie do środka. Zauważyła wystający kawałek małej zgiętej tektury przytroczonej do plecaka, na której widniał napis „Prades” (trzeba przyznać, że spostrzegawczości jej nie brakowało). Pomyślała, że może mnie podwieźć, bo jedzie w tamtym kierunku. Było to dość nietypowe i odważne zachowanie jak na młodą kobietę, zwłaszcza że z tyłu siedział w foteliku mały dzidziuś.

Wysiadam w Villefranche-de-Conflent, gdzie, jak się okazuje, znajduje się uroczy gród otoczony wysokimi murami. Miasteczko wygląda jak gdyby niewiele zmieniło się tu od średniowiecza, a jednak wszystkie domy wciąż są zamieszkane. Nad wąskimi uliczkami, po bokach których w rynnach płynie woda z górskiego potoku, króluje forteca. Żeby się do niej dostać, trzeba przejść przez tory zabytkowej kolejki. Tablice ostrzegawcze mówią, że nie wolno dotykać trzeciego toru, który jest pod wysokim napięciem i zasila kolejkę.

Czas jechać dalej – wąska droga wije się pomiędzy szczytami i stromymi zboczami, co chwilę jakaś miejscowość, w której ciasnota i charakterystyczny układ budynków podyktowane są przez ukształtowanie górskiego, trudnego do zabudowy terenu. Miejscowi ludzie są bardzo uczynni i chętnie podwożą turystów, łapanie stopa idzie szybko. Pomimo tego nie dotrę już dziś, jak planowałem, do schroniska w Les Bésines. Ląduję tuż obok Andory. Do wejścia na szlak kilkanaście kilometrów, a ruch na drodze praktycznie zerowy. Pozostaje więc nocleg w przydrożnych krzakach. Noc jest chłodna, pomimo upałów panujących „na dole” w górach temperatura jest dużo niższa.

Piątek, 14 lipca

Wyruszam w góry. Do najbliższego schroniska tłumy jak na pielgrzymce, potem już pusto i trudno spotkać kogokolwiek. Niesamowicie piękne góry, miejscami przypominające rumuńskie Făgăraş. Oznakowanie szlaków, choć nie zawsze wystarczająco częste, przywodzi na myśl Polskę – biały pasek powyżej czerwonego. Od czasu do czasu, nawet w bardzo wysokich partiach, na samym środku szlaku pasą się konie lub bydło. Zwierzęta denerwują się, gdy ktoś obcy przechodzi przez sam środek stada, ale nie ma innej drogi i trzeba zaryzykować. Odnalezienie przyjaciół na umówionym miejscu (koło schroniska nad jeziorem Bouillouses) okazuje się być trudniejsze niż myślałem. Są tam w rzeczywistości trzy schroniska, dość porozrzucane po okolicy. Zmrok zapadł już dawno, więc zmęczony całodziennym marszem postanawiam spędzić noc na półce skalnej na skraju lasu i odszukać znajomych rano.

Sobota, 15 lipca

Aga i Piotrek o świcie wyruszają zdobyć Pic Carlit. Spotykamy się po południu w schronisku. Po dwóch tygodniach mają już dość gór, wyruszamy więc na „podbój” katarskich zamków. Na dół zwozi nas bezpłatny autobus (ale bezpłatny tylko w dół, za wyjazd trzeba płacić 5€). Szybki posiłek i spacer wokół twierdzy w Mont-Louis – obecnie poligonu wojskowego, potem dalsza droga stopem. Późnym wieczorem lądujemy na pustej szosie w górskiej dolinie. W miarę, jak zapada zmierzch, kręta wąska droga biegnąca pomiędzy wysokimi, urwistymi ścianami staje się coraz mniej widoczna. Słychać szum płynącego obok potoku, a na niebie pojawia się coraz więcej gwiazd. Musimy przejść kilka kilometrów, żeby znaleźć w ciasnej dolinie choć kawałek płaskiej łąki nadającej się na postawienie namiotu.

Niedziela, 16 lipca

Rano wyruszamy do Axat, następnie oglądamy małą fortecę w Quillan. W międzyczasie upał przegania z ulicy dosłownie wszystkich. Miasto-widmo: jak okiem sięgnąć żywej duszy, wszystkie okiennice szczelnie pozamykane i tylko ten niesamowity żar, przed którym nie można się ustrzec nawet w cieniu. Tak wygląda większość śródziemnomorskich miejscowości wczesnym popołudniem – sklepy są zamykane, ulice pustoszeją i wszyscy udają się na sjestę, bo przy tej temperaturze nic innego nie da się robić. Łapanie stopa nie idzie najlepiej, a skwar staje się nie do zniesienia.

W końcu, po kilku godzinach, nasza cierpliwość zostaje nagrodzona. Para, która nas bierze, nadrabia spory kawałek drogi tylko po to, żeby pokazać nam malowniczą trasę nad wodospadami w dolinie Gorges de Galamus i wysadzić nas w dogodnym miejscu. Kolejny stop z racji braku miejsca oznacza rozdzielenie. Jadę z plecakami i czekam w centrum mieściny leżącej u stóp wzgórza, na którym dumnie stoją ruiny olbrzymiego katarskiego zamku – Peyrepertuse. Aga i Piotrek łapią stopa na samą górę, zostawiam więc plecaki w pobliskim hostelu i wdrapuję się na szczyt wzgórza.

Widok, jaki się stamtąd roztacza, jest niesamowity. Do tego sam zamek zapiera dech w piersiach. Ciężko sobie wyobrazić, ile trudu musiało kosztować Katarów wybudowanie takiej fortecy w tak trudno dostępnym terenie. Z drugiej strony sekta ta, stanowiąca odłam chrześcijaństwa, musiała w czasach średniowiecza silnie bronić się przed prześladowaniami Kościoła. Uznawał on Katarów za heretyków i dokonywał na nich okrutnych nieraz rzezi. Krucjata oraz działania inkwizycji zakończyły się niestety powodzeniem – w połowie XIII wieku Katarzy zostali całkowicie wymordowani, a za symboliczny koniec kataryzmu uznaje się zdobycie przez krzyżowców twierdzy Montségur i spalenie żywcem ukrywających się w niej kapłanów.

Kolejnym punktem programu jest zamek Quéribus. Mniejszy niż Peyrepertuse, ale za to trochę lepiej zachowany, no i mniej turystów. Widoki równie przepiękne. Będąc w miejscach takich jak to czuje się w powietrzu historię, która toczyła tu swe koło, widzi się oczyma wyobraźni ludzi, którzy tu żyli, pracowali, bronili się przez prześladowaniami.

Poniedziałek, 17 lipca

Docieramy do Collioure, małego nadmorskiego miasteczka. Z utęsknieniem rzucamy się w morskie fale przy kamienistej plaży, potem zostawiamy plecaki na kempingu, żeby nie chodzić z nimi cały dzień. Choć właściciel kempingu nie chce się na to zgodzić, gdyż nie zostajemy na noc, to mieszkańcy kempingu pozwalają przechować plecaki koło ich namiotu. Odbywamy długi spacer po ślicznym Collioure. Rozważamy nocleg na szczycie starej baszty obronnej tuż nad brzegiem morza – pomysł tyleż pociągający, co niełatwy do wykonania ze względu na konieczność wspięcia się na górę po dwumetrowej ścianie. Ostatecznie staje na noclegu – tradycyjnie – w krzakach.

Wtorek, 18 lipca

Poranek zaczynamy od poszukiwań wody pitnej. Krany z wodą zazwyczaj można znaleźć w każdej miejscowości w tym rejonie. Błądząc wśród wąskich uliczek, pytamy o wodę starszej pani, która w odpowiedzi wpuszcza nas do domu. Mówi, że możemy nabrać wody u niej. Przynosi także całe mnóstwo lodu, który z wielkim przejęciem wkłada do naszego bukłaka pytając, czy nie przynieść jeszcze więcej. Kolejnym punktem programu jest spacer do pobliskiego Port-Vendres, gdzie oglądamy port. Potem stopem do Argelès-sur-Mer żeby odebrać pranie z pralni, zrobić zakupy, no i oczywiście pójść na plażę, tym razem piaszczystą. Leniwy dzień kończymy w znajomych już zaroślach w pobliżu baszty.

Środa, 19 lipca

Wyruszamy dalej – w Banyuls-sur-Mer zwiedzamy winnicę. Spacer z przewodnikiem wyjaśniającym tajniki tworzenia wina jest darmowy i kończy się skromną degustacją, także darmową. W jej czasie można nabyć wino produkcji lokalnej, jednak dość znane w świecie.

W tym miejscu drogi naszej ekipy znowu się rozchodzą – codzienne smażenie się na plaży nie jest złe, ale to nie dla mnie. Brakuje mi za to gór, czego z kolei moi towarzysze mają już po dziurki w nosie. Tak więc decydujemy się rozdzielić i spotkać ponownie za 4 dni w hiszpańskim Figueres. Wyruszam z powrotem w Pireneje, aby zdobyć Pic du Canigou – święty szczyt Katalończyków.

Po drodze zabiera mnie dwójka interesujących i sympatycznych, młodych ludzi. Ich głowy spowijają dredy, a z radia samochodowego dobiegają dźwięki reggae. Spory samochód mieści mnóstwo sprzętu turystycznego – namiot, butle gazowe, naczynia. Micky i Mareeloo są właśnie w trakcie 4-miesięcznych wakacji, podczas których podróżują samochodem od miejsca do miejsca i robią to, co im w danym momencie przyjdzie do głowy. Znają kilka słów po polsku (w tym oczywiście podstawowe vademecum wulgaryzmów), gdyż Micky pracował sezonowo przy zbiorze śliwek z Polakami.

Okazuje się, że zmierzają do tej samej miejscowości, z której planuję wyruszyć w góry – Arles-sur-Tech. Szukają jakiegoś miejsca na obrzeżach miasteczka. Po krótkim błądzeniu znajdują je – od wąziutkiej, pnącej się w górę drogi odchodzi w dół odnoga, niestety zastawiona szlabanem. Schodzimy więc na dół pieszo. Sam jeszcze nie wiem, czego w zasadzie szukali, ale po chwili wyłania się dzika łąka tuż nad strumieniem, a na niej stary, opuszczony kościółek. Micky wyjaśnia, że tu zatrzymują się na noc. Chcę wyruszać w góry od razu, ale nowi znajomi proponują wspólną kolację. Pytam, czy nie chcieliby pójść ze mną w góry jutro. Odpowiedź pada szybko i bez wahania: „OK”.

Wieczór upływa na wspólnej rozmowie o Polsce i o Francji, o tym, czym się zajmujemy na co dzień itp. Muszę się sporo nagimnastykować i odkurzyć resztki tego, co zostało w mojej głowie z dawnych lekcji francuskiego. Z czasem komunikacja jest coraz prostsza, zwłaszcza z odrobiną gestykulacji i słówek angielskich. Siedzimy na kocu rozłożonym tuż przy kościółku, obok płoną dwie pochodnie wbite w ziemię. Mareeloo wyjmuje z pokrowca półtorametrowy kawałek pnia bambusa – „to didgeridoo, oryginalny aborygeński instrument”. Gra kilka głębokich wibrujących rytmów, po czym daje mi krótką lekcję gry (co wcale nie jest tak proste, jak by się mogło wydawać).

Czwartek, 20 lipca

Rano zjeżdżamy do miasteczka, żeby zostawić samochód na parkingu i zrobić zakupy. Bez problemu odnajdujemy szlak. Początkowy odcinek jest ciężki ze względu na upał, jednak im wyżej tym chłodniej – to dodaje nam motywacji, by iść dalej. Dla Mareeloo to debiut, jeśli chodzi o chodzenie po górach, jednak radzi sobie znakomicie. W końcu dochodzimy do „schroniska”, które jest raczej hotelem górskim. Całe rodziny przyjeżdżają tu samochodami po asfaltowej drodze żeby „pochodzić po górach” przez pół godziny, po czym wsiadają z powrotem i odjeżdżają.

Mobilizuję moich towarzyszy, aby pomimo zmęczenia pójść dalej i poszukać innego miejsca na nocleg. Po około 2 godzinach dochodzimy do schronu, który znów jest dla mnie zaskoczeniem, tym razem pozytywnym – w lesie stoi całkiem zadbany i dobrze wyposażony domek. W środku kominek i porządne drewniane prycze z materacami. Każdy może tam przyjść i nocować całkiem za darmo.

Piątek, 21 lipca

Drogi na szczyt ciąg dalszy. Przy trasie odnajdujemy szczątki samolotu pasażerskiego, który rozbił się na zboczu góry w latach 60. Fragmentów samolotu jest niewiele, ale porozrzucane są na dużym obszarze. Przystajemy na chwilę. Nasuwa się refleksja nad dramatem, który musiał się tu kiedyś rozegrać.

W końcu dochodzimy do schroniska. Niestety, przypomina poprzednie „schronisko”. Również tutaj prowadzi droga asfaltowa.

Noc spędzamy przy ognisku w lesie ze spotkaną tu parą – Niną i François. Nina imponuje moim znajomym długością swoich dredów – chwali się, że „hodowała” je 10 lat. François jest pasterzem w górach; mówi, że nawet to lubi, ale bardzo mało zarabia. Przyjechali razem z psem o blond sierści i niezwykłych, wręcz demonicznych żółtych oczach.

Sobota, 22 lipca

Dzisiaj zdobywamy szczyt, jednak nie sami. Rano przyjeżdżają znajomi Niny i François, w tym pewien niepełnosprawny mężczyzna, którego reszta przyjaciół w ramach prezentu urodzinowego obiecała… wynieść na Pic du Canigou. Jestem ciekaw, jak to karkołomne zadanie się potoczy – w końcu nie jest to alejka do Morskiego Oka, tylko strome podejście na szczyt o wysokości 2784 m n.p.m. W tym celu skonstruowany został wcześniej specjalny wózek przystosowany do trudnych warunków poruszania się. Posiada jedno grube koło na amortyzatorze o dużym skoku i długie uchwyty z przodu i z tyłu do niesienia go. Oferujemy swoją pomoc i powoli cała drużyna rusza na podbój szczytu.

Już na początku nie jest łatwo, a to przecież najprostszy odcinek. W miarę, jak nachylenie rośnie, a ścieżka coraz bardziej przypomina gruzowisko, iść jest coraz trudniej. Wózek przez większość czasu trzeba trzymać w powietrzu, stromizna zbocza utrudnia wszelkie manewry, a momentami osoby trzymające wózek z boku muszą go puścić i zostać z tyłu, gdyż nie zmieściłyby się w zbyt wąskim przejściu. Trudności jednak dodają tylko całej ekipie motywacji.

W końcu się udaje – zdobywamy szczyt. Cały tłum turystów, od dłuższego czasu obserwujących nasze zmagania z górą, zgotowuje nam owację. Chwila na triumf, podziwianie widoków, odpoczynek i nabranie sił przed drogą powrotną, która wbrew pozorom wcale nie jest łatwiejsza. Trasa, która w dwie strony zabiera zwykle niecałe 3 godziny, nam zajmuje 7. Po powrocie do schroniska wszyscy są zmęczeni, ale szczęśliwi. Solenizant funduje ucztę w iście francuskim stylu – bagietki, wszelkie możliwe gatunki serów, trochę mięsa, kilka lokalnych specjałów, do tego wszystkiego oczywiście wino.

Na dół zjeżdżamy samochodem z Niną i François, potem dostajemy się do Arles-sur-Tech autostopem. Noc planujemy spędzić przy znajomym kościółku. Jednak gdy stoimy przy szlabanie, przejeżdżający samochodem dwaj młodzi mężczyźni zatrzymują się i proponują jechanie na ich działkę znajdującą się nieco powyżej – jest tam dobre miejsce na kąpiel w strumieniu, no i nikt się nie przyczepi, że nocujemy na dziko na cudzym terenie. Prowadzą nas tam, po czym odjeżdżają, a my po długo oczekiwanej kąpieli w cudownie zimnym strumieniu jedziemy do centrum miasteczka w celu zjedzenia czegoś porządnego i pobawienia się trochę. Niestety wszystko jest już zamknięte, jemy więc kolację złożoną z kanapek i zupek chińskich, przygotowaną na ławce w centrum miasta.

Niedziela, 23 lipca

Jutro muszę być w Figueres przed muzeum Salvadora Dalí. Pytam Micky’ego i Mareeloo, czy nie chcieliby pojechać i zwiedzić tego muzeum razem z nami. Odpowiedź pada tak samo zaskakująco szybko jak poprzednio – „OK”! Postanawiamy spędzić dzień nad morzem. Po drodze zahaczamy o Thuir, gdzie mieszkają Nina i François, gdyż Micky poprzedniego dnia zostawił w ich samochodzie bluzę. Niestety nie ma ich w domu, ale samochód stoi na ulicy i jest otwarty. Micky zabiera więc swoją zgubę i palcem na brudnej szybie pisze wiadomość. Następnie kierujemy się do znanego mi już Collioure. Znowu kąpiel w morzu, potem kolacja w opuszczonych budynkach przy szczycie pobliskiej góry, z której rozpościera się niesamowity widok na okolicę. Potem spacer po mieście, tym razem wieczorową porą. Nocleg na… baszcie nad morzem – tym razem udaje się wdrapać na górę.

Poniedziałek, 24 lipca

Rano Micky i Mareeloo idą na szybką kąpiel w morzu. Kąpiel okazuje się jednak dłuższa, bo Micky’emu w jej trakcie wypadają z kieszeni kluczyki do samochodu. Pomagają plażowicze wyposażeni w maski i rurki do nurkowania.

Jesteśmy w Figueres nieco spóźnieni, jadąc przez centrum spostrzegam na ulicy Agę. Nie chce zwiedzać muzeum, bo już je kiedyś widziała. Bierzemy jej plecak do samochodu i szukamy miejsca do zaparkowania. Z tym nie jest łatwo, tracimy dużo czasu. Wreszcie docieramy do muzeum, tam w kolejce czeka już Piotrek.

Tłumy ludzi w muzeum mogą wręcz zniechęcić do jego zwiedzania. Przeciskanie się przez nie szybko robi się męczące. Jednak prace jednego z bardziej znanych artystów naszych czasów, który urodził się i żył w Figueres, są tego warte. Przez niektórych uważany był przez wariata, jednak podobno miejscowi oburzają się, gdy tak się o nim mówi. Jego dzieła robią na nas duże wrażenie. Niesamowicie oddziałują na wyobraźnię swoim surrealizmem, niektóre zawierają czytelne przesłanie, inne pozostawiają wiele niedomówień. Niektóre bardzo dziwne, inne wręcz makabryczne lub perwersyjne, wszystkie z pewnością wyjątkowe. Mnogość dzieł zgromadzonych w muzeum jest tak przytłaczająca, że zobaczenie wszystkiego za jednym zamachem to naprawdę ogromny wysiłek, zarówno intelektualny, jak i fizyczny. Jednak warto. To jak możliwość wstąpienia na chwilę w zupełnie inny świat, inny wymiar.

Po wizycie w muzeum udajemy się na zakupy, a potem – a jakże by inaczej – nad morze. Lądujemy w jednej z wielu nadmorskich mieścinek. Chcąc uniknąć tłumów na plaży idziemy trochę dalej, tam jednak ciężko się kąpać – ostre skały i jeżowce szybko nas do tego zniechęcają. Po kolacji wybieramy się na wieczorny spacer po mieście. Mareeloo bierze oba swoje didgeridoo. Plaża o tej porze jest zupełnie pusta, podejmujemy więc jeszcze jedną próbę kąpieli w morzu, tym razem bardzo udaną. Następnie przyłączamy się do grupki młodzieży śpiewającej przy dźwiękach mandoliny. Wykonują piosenki o bardzo latynoskim charakterze, potem my w rewanżu śpiewamy kilka piosenek z naszego repertuaru. Po mini-imprezie integracyjnej idziemy spać na parkingu, na którym zostawiliśmy samochód.

Wtorek, 25 lipca

O świcie budzi nas patrol policji. Funkcjonariusze tłumaczą, że tutaj nie wolno obozować i że jeśli dalej tu będziemy, gdy wrócą za 15 minut, to zapłacimy wysoką karę. Nie pozostaje nam nic innego jak przedwcześnie rozpocząć kolejny dzień i wyruszyć w dalszą podróż. Tu niestety drogi polskiej ekipy i naszych francuskich przyjaciół rozchodzą się. Micky i Mareeloo, zgodnie ze swym z grubsza wytyczonym planem, zmierzają w stronę zachodniego wybrzeża. My natomiast docieramy do Barcelony.

Plan jest prosty – pójść na tani kemping, tam przenocować i następnego dnia zostawić plecaki, aby móc swobodnie pozwiedzać miasto, wieczorem przyjść po plecaki i udać się na lotnisko, gdzie spędzilibyśmy ostatnią noc. Niestety, po przybyciu na kemping obsługa nie okazuje się zbyt wyrozumiała i nie zgadza się na przechowanie plecaków następnego dnia. W związku z tym rezygnujemy z płacenia po 10€ tylko po to, żeby przespać się na kempingu – w pobliżu jest przecież lasek, całkiem fajny i do tego darmowy. Standardowo resztę dnia przeznaczamy na leżenie bykiem na plaży.

Środa, 26 lipca

Rano pozbywamy się plecaków wypróbowanym sposobem – prosimy ludzi na kempingu o ich przechowanie. Przed nami długi dzień – zwiedzanie Barcelony, raczej bardzo wybiórcze, bo ileż można zobaczyć w jeden dzień…?

Pierwszy punkt programu, choć nieplanowany, to „La Pedrera”. Budynek, który od razu rzuca się w oczy nietypową fasadą o falistych kształtach, zaprojektował Antoni Gaudí – genialny kataloński architekt żyjący na przełomie XIX i XX wieku. Zainteresowało nas to, że przed budynkiem stoi długa kolejka turystów. Z ciekawości sprawdzamy ceny biletów – studenckie nie są zbyt drogie, więc postanawiamy wejść. To był strzał w dziesiątkę – nie zawiedliśmy się. Niezwykły talent i pomysłowość artysty dają się odczuć zwłaszcza we wnętrzach budynku. Gaudí starał się jak najdalej uciec od standardowej formy budynków o płaskich, prostopadłych ścianach. Układ pomieszczeń nie jest typowy i regularny, a mimo to stwarza wrażenie całkiem praktycznego. Artysta uwielbiał czerpać inspirację z przyrody, co daje się odczuć na każdym kroku. Podsumowując – najbardziej niezwykłe jest to, że tworzył projekty budynków tak odmiennych od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni, a mimo to nie wyglądających ani obco, ani sztucznie. Wręcz przeciwnie – są przyjemne i wygodne.

Kolej na Sagrada Familia – gigantycznych rozmiarów kościół zaprojektowany przez Gaudíego. Pomimo, iż upłynęło już ponad 100 lat odkąd zaczęto go budować, ukończono go dopiero w 50%. Jednak już teraz robi duże wrażenie i jest jednym z symboli Barcelony. Zachwyca nie tylko rozmiar, ale także charakterystyczny, wszechobecny styl Gaudíego mieszający się z tradycyjną chrześcijańską symboliką.

Następny obiekt do zwiedzania także związany jest z genialnym katalońskim architektem, którego twórczością jesteśmy oczarowani. Park Güell, kojarzący się trochę z Disneylandem, to kolejny projekt artysty. Doskonałe miejsce na spacer i sjestę po uczcie duchowej, na jaką złożyły się poprzednio odwiedzone miejsca.

Aga i Piotrek powoli zbierają się do powrotu na kemping, ja jadę jeszcze pod stadion F.C. Barcelona – niestety został zamknięty niemal przed moim nosem. W związku z tym idę zobaczyć inne ciekawe miejsce – Fira de Barcelona. Monumentalne wieże i promenada pomiędzy halami centrum wystawowego prowadzą prosto do efektownego pałacu na wzgórzu – Katalońskiego Narodowego Muzeum Sztuki. Na zwiedzanie jest już za późno, wychodzę tylko na górę żeby spojrzeć na Barcelonę z punktu widokowego.

Wieczorem przygotowujemy kolację na skraju plaży i szykujemy się do drogi na lotnisko. Perspektywa dojścia tam pieszo nie jest zbyt ciekawa, jednak chyba nie mamy innego wyjścia. Nawiązuje z nami rozmowę sympatyczny miejscowy, który wyszedł na wieczorny spacer z psami. Jako jeden z niewielu Hiszpanów mówi doskonale po angielsku. Gdy dowiaduje się, że planujemy iść na lotnisko pieszo, stwierdza, że to bardzo zły pomysł, bo to daleko i trzeba iść ciągle skrajem ruchliwej drogi. Proponuje, że pójdzie po swoje auto i nas zawiezie.

Czwartek, 27 lipca

Lecimy do Krakowa. Podziwiamy z okna Tatry, a już w tym momencie pilot ogłasza, że schodzimy do lądowania. Niesamowite, jak daleko Tatry wydają się być, gdy jedzie się autobusem, a w samolocie to kwestia piętnastu minut. Z okna widać po kolei Nowy Targ, Rabkę, Myślenice, Zbiornik Dobczycki, przedmieścia Krakowa, w końcu sam Kraków. Udaje mi się nawet dostrzec mój blok.

Po wylądowaniu uderzające jest dla mnie to, jak malutkie jest lotnisko w Balicach. Wcześniej nie byłem tego świadomy, ale gdy w ostatnim czasie miałem okazję widzieć lotniska we Frankfurcie czy Barcelonie, to nasze wydaje się po prostu miniaturką.

Jak to się właściwie skończyło…

Wróciłem do domu, ale nie usiedziałem w nim długo. W Internecie znalazłem informację, że nazajutrz na „Przystanku Woodstock” będą ciekawe koncerty. Krótka piłka – następnego dnia po 9 godzinach jazdy autostopem byłem w Kostrzynie.

W międzyczasie wszystkie programy informacyjne podały wieść z lotniska w Barcelonie, na którym strajk ogłosili pracownicy. Tysiące pasażerów utknęły na lotnisku na wiele godzin. Szczęście jeszcze ten ostatni raz uśmiechnęło się do nas na naszej wyprawie i zdążyliśmy wylecieć na dzień przed całkowitym paraliżem lotniska…

Na koniec krótkie podsumowanie: wyprawa do Kenii w sumie kosztowała mnie niecałe 1900 zł, z czego lwią część pochłonęły oczywiście koszty transportu. Na podróż po Katalonii wydałem mniej niż 700 zł. I kto powiedział, że trzeba mieć dużo pieniędzy żeby podróżować? ;-)

Całkowita liczba odwiedzin na stronie: 78461