Cypr 2008

W poszukiwaniu śniegu na Morzu Śródziemnym

Galerię zdjęć z tej wyprawy znajdziesz tutaj.

Dzień 0.

Szybko kończę się pakować. W pośpiechu drukuję potwierdzenie rezerwacji biletów na samolot, zakupionych wczoraj w ofercie last-minute. Zamawiam taksówkę, żeby zdążyć na autobus do Warszawy – samolot odlatuje stamtąd wcześnie rano.

Dzień 1.

Na lotnisku dowiaduję się, że pośpiech był zbędny – odlot jest opóźniony o 9 godzin. Zażywam trochę snu w poczekalni, jem wytworny obiad w Hotelu Mariott (opłacony przez linie lotnicze) i jadę na chwilę do centrum przespacerować się wokół Pałacu Kultury.

Gdy siedzę już w samolocie, stewardessa oznajmia, że nie możemy odlecieć – brakuje któregoś z pasażerów. Kolejne 45 minut w plecy… W końcu jednak startujemy.

Na miejscu wita mnie lodowaty wiatr – czy to na pewno ten Cypr? Udaję się pieszo do centrum Larnaki, oddalonego od lotniska o 5 km. Mijam po drodze słone jezioro, przy którego brzegu w świetle księżyca widać stado flamingów. Po dotarciu do centrum i chwili błądzenia wśród wąskich uliczek nadmorskiego miasteczka znajduję wskazane w przewodniku schronisko młodzieżowe. Jest już po północy.

Dzień 2.

Odsypiam podróż i poznaję współlokatorów: jeden z nich to Rumun, drugi jest Polakiem. Pracują na budowie. Polak opowiada, że praca jest bardzo ciężka, zwłaszcza w lecie, gdy temperatura w cieniu dochodzi do 50°C. Czasem w takich warunkach trzeba ręcznie ciąć zbrojenie, którego nie żałuje się tutaj z powodu częstych trzęsień ziemi. Przynajmniej można nieźle zarobić, choć od przyjęcia euro miesiąc temu wszystko drożeje, a zarobki spadają. Chłopak przypuszcza więc, że będzie pracował na Cyprze ostatni sezon.

Udaję się na zwiedzanie najciekawszych zabytków Larnaki – dość wybiórcze, bo o 16:30 odjeżdża ostatni autobus do Limassol, które jest punktem pośrednim w drodze do Kolossi.

W Limassol okazuje się, że o tej porze nie ma już żadnych połączeń do Kolossi. Niestety komunikacja publiczna na Cyprze jest słabo rozwinięta, znów pozostaje mi więc kilkukilometrowy wieczorny spacerek. Gdy już prawie jestem na miejscu, zatrzymuje się przy mnie samochód. Życzliwy Rumun podwozi mnie ostatni odcinek drogi, pod sam zamek. Znajduję zapuszczony stary sad niedaleko zamku, w którym spędzam noc.

Dzień 3.

Rano jak w bajce – budzą mnie promienie słońca i ćwierkanie ptaków. Dzień zaczynam od zwiedzania zamku Kolossi – twierdzy wybudowanej przez krzyżowców. Pomimo niewielkich rozmiarów i pustych, wciąż remontowanych wnętrz, przechadzka po zamku jest bardzo przyjemna. Zwłaszcza, że po sezonie nie ma tu dzikich tłumów turystów – jestem jedynym zwiedzającym.

Czas na sanktuarium Apollona Hylatesa. Podwozi mnie tam sympatyczny Anglik, który ma na Cyprze letnią rezydencję. Sanktuarium to w rzeczywistości ruiny dawnych obiektów sakralnych, najpierw pogańskich, a później chrześcijańskich. Porośnięte południową roślinnością fundamenty mają niesamowity urok. Udaję się ścieżką przyrodniczą do ruin starożytnego miasta Kourion na szczycie urwiska skalnego. Po drodze mijam rzymski stadion i pozostałości bazyliki z VI wieku.

Kourion wywiera na mnie spore wrażenie. Można spędzić długie godziny wśród pozostałości domów mieszczan, publicznych łaźni i fundamentów świątyń. Próbuję wyobrazić sobie to miejsce tętniące miejskim życiem przed ponad dwoma tysiącami lat, wtedy, gdy obszar Polski zajmowała jeszcze głównie dzika puszcza. Jednak nie jest to łatwe, mając przed oczami praktycznie gruzowisko, jakie z miasta zostało po trzęsieniach ziemi i burzliwych wydarzeniach z historii.

Po południu udaję się na plażę. Moczę nogi w morzu, jednak temperatura wody skutecznie zniechęca mnie do zamoczenia czegokolwiek więcej.

Po krótkim obiedzie łapię stopa do Tróödhos – małej osady w górach o tej samej nazwie. Idzie całkiem gładko, Londyńczyk mieszkający na Cyprze specjalnie nadkłada drogi i zawozi mnie do samego celu. Przedgórze wygląda jak góry Afganistanu pokazywane w reportażach telewizyjnych – mocno pofałdowany teren niemalże pustynny, z rzadka porośnięty niewielkimi krzaczkami. Wyżej pojawia się coraz więcej drzew, w końcu również śnieg. To zabawne, że w styczniu z Polski musiałem przyjechać aż na Cypr, żeby wreszcie zobaczyć śnieg.

Na trasę wyruszę rano, tymczasem muszę znaleźć miejsce na nocleg. Schronisko o tej porze roku jest nieczynne, ale w lesie za miasteczkiem znajduję wręcz idealne miejsce – w niewielkiej opuszczonej szopie nie ma co prawda drzwi ani okien, ale za to podłoga wyłożona jest sianem. Na nocleg nadaje się świetnie. A na kolację zupa z cukinii – jak luksus to luksus.

Dzień 4.

Rano udaję się do pobliskiego hotelu, żeby zasięgnąć jakichkolwiek informacji o szlakach. Dostaję broszurki ze szkicem ścieżek, jednak o mapie topograficznej i rzetelnym opisie warunków na trasie można jedynie pomarzyć.

W centrum Tróödhos horror jak na Krupówkach. Gdzie nie spojrzeć, wszędzie chmary turystów, którzy przyjechali tu autokarami i samochodami, żeby „pochodzić po górach”, czyli głównie wzdłuż głównej uliczki wypełnionej stoiskami ze słodyczami. Policjanci, jeżdżący ratrakiem i samochodami terenowymi, wlepiają mandaty za parkowanie w nieodpowiednich miejscach. Jeden z nich wskazuje mi drogę ucieczki z tego piekła i już po chwili jestem na szlaku.

Przede mną szła tu tylko jedna osoba. Dobrze, że szlak w ogóle nie jest zamknięty – w końcu 30 cm śniegu to stanowczo nie są warunki dla turystów z Tróödhos. Oznakowań szlaku nie ma żadnych; jedynie od czasu do czasu widać wystające ze śniegu tabliczki opisujące ciekawe zapewne okazy roślin, zazwyczaj jednak ukryte pod śniegiem. Szlak nie jest wymagający, przypomina raczej ścieżkę w parku i idzie niemal równo po poziomicy.

Po chwili ślady ludzkie kończą się, pozostaje jedynie sugerować się rzeźbą terenu i śladami zwierząt, które znając przebieg ścieżki chodzą nią również teraz z przyzwyczajenia. Błogą ciszę zakłóca jedynie ryk quadów, na których „turyści” jeżdżą w okolicach miasteczka, ale ich hałas niesie się aż tutaj.

Przed samym końcem szlaku spotykam pierwszą osobę – Cypryjczyka mieszkającego w Austrii. Podziwiamy razem wspaniałą panoramę południa Cypru. Mówi, że początkowo próbował iść szlakiem, którego przejście właśnie miałem w planach, ale tam jest jeszcze gorzej z odnalezieniem ścieżki.

Wracam do Tróödhos górską drogą. W miasteczku trochę mniejszy ruch, ale wciąż jest tam tłum turystów. Po drodze spotykam ludzi ładujących śnieg na pickupa. Mówią, że jadą z nim do Limassol. Pytam, po co im on – odpowiadają, że dla zabawy. Pewnie w tym samym celu wiele samochodów mijających mnie wiezie kopy śniegu na maskach. Tróödhos to chyba jedyne miejsce na Cyprze, gdzie występuje śnieg, tak więc wszyscy, którzy tu przyjadą, zawożą go do domu i chwalą się nim pewnie przed sąsiadami póki nie stopnieje.

Droga na szczyt Olimpos – najwyższej góry Cypru – to tortury. Na asfaltówce panuje nieustający ruch samochodów z turystami i narciarzami (znajduje się tu jedyny na Cyprze ośrodek narciarski). O świeżym górskim powietrzu można zapomnieć, bo czuć tylko spaliny. Mijający mnie ludzie mają miny, jakby nigdy w życiu nie widzieli człowieka z plecakiem, nawet na zdjęciu.

Sam szczyt nie robi w zasadzie żadnego wrażenia. Cały zajęty jest przez brytyjską bazę wojskową z wielkimi radarami. Wielu turystów zapuszcza się pod samą bramę bazy myśląc, tak jak ja, że znajdą tu ciekawe widoki. Do jednych z nich podchodzę i pytam, czy mogą mnie podwieźć. Zgadzają się mówiąc, że mają jeszcze w planie obejrzenie sławnego, opuszczonego przed prawie 30 laty hotelu Berengaria w miejscowości Pródhromos. Hotel wygląda jak ponure zamczysko i pomimo tablic ostrzegających przed wjazdem stanowi lokalną atrakcję turystyczną.

Opuszczam nowo poznanych znajomych w Platanii, przy przecięciu drogi górskiej ze szlakiem, którym będę szedł jutro. Topię trochę śniegu (choć na tej wysokości jest go już niewiele), żeby mieć zapas wody na jutro i idę spać w pensjonacie wielogwiazdkowym „Pod Sosną”.

Dzień 5.

Idę trasą szumnie nazwaną „szlakiem międzynarodowym E4”, która początkowo przebiega pomiędzy wybiegami muflonów. Jednak żadnych zwierząt nie widać, pewnie na zimę są stąd zabierane. W odróżnieniu od wczorajszych ścieżek przyrodniczych szlak jest nawet nieźle oznakowany. Biegnie częściowo drogami górskimi, na których, sądząc po śladach, poza zającami dawno nie było przede mną nikogo. Przechodzi też przez niewielkie winnice i malutką osadę. Pogoda dopisuje i marsz jest naprawdę wielką przyjemnością.

W całych górach leżą porozrzucane dosłownie tysiące kolorowych łusek po nabojach do strzelb myśliwskich. Co chwila słychać też z różnych stron huk wystrzałów, można nawet odnieść wrażenie, że to wciąż trwa konflikt grecko-turecki… Być może ilość zużytych pocisków jest oznaką kiepskiego oka myśliwych. Tezę tę potwierdzają podziurawione przez nich jak sito tabliczki z oznaczeniem szlaku, które w odróżnieniu od żywych celów zapewne nie uciekają, więc łatwiej je „upolować”.

Pierwszych turystów spotykam po dwóch godzinach marszu. Zbaczam z E4 na ścieżkę przyrodniczą biegnącą obok szczytu Madari. Pnie się ona coraz wyżej i wyżej, a widoki zapierają dech w piersiach – trudno nie przystawać co chwilę żeby nacieszyć oko. Z kilku miejsc widać niemal kompletną panoramę Cypru, od brzegu do brzegu.

Dochodzę do wioski Sarándi już po zmroku. Pytam napotkanego mężczyznę o kościółek Panayía toú Araká. Wskazuje mi drogę i pokazuje też dom księdza mającego klucze do kościoła – radzi udać się najpierw tam, bo to po drodze. We wskazanym domu jest kilkoro ludzi, ale księdza nie ma. Wyjechał pół godziny temu załatwić jakąś sprawę. Sympatyczny starszy mężczyzna mówi, że ten ksiądz i tak z resztą nie ma kluczy do kościoła i trzeba po nie jechać do sąsiedniej wioski. Nie chcę sprawiać tyle zachodu, ale mężczyzna zapewnia, że to absolutnie żaden problem. Z resztą w tych okolicach, słynących z wielu zabytkowych kościółków, jest rzeczą normalną szukanie osoby odpowiedzialnej za klucze i proszenie jej o otwarcie na chwilę. Wsiadamy więc do samochodu i jedziemy do Lagoudhery. Tam zabieramy matkę księdza, która ma klucze, i jedziemy do kościoła.

Ponad 800-letnie malowidła na jego ścianach robią wrażenie już ze względu na sam wiek. Niestety zdjęć robić nie wolno, gdyż błyski lamp mogłyby zaszkodzić leciwym barwnikom.

Odwozimy matkę księdza i wracamy do Sarándi. Mężczyzna pyta, gdzie mam zamiar dalej jechać – odpowiadam, że do Nikozji. Mówi, że tam właśnie mieszka i pracuje, ale na weekendy przyjeżdża z żoną w rodzinne strony. Jako, że oni też tam muszą jechać, proponuje, żebym zjadł z nimi kolację, a potem pojedziemy razem. Jadąc przez wioskę opowiada, że pozostało tu jedynie 20-kilku mieszkańców. Reszta domów stoi pusta i tyko na weekendy do części z nich ktoś przyjeżdża.

Przy rodzinnej kolacji dowiaduję się, że myśliwi w górach polują masowo na pewne niewielkie ptaszki, które są lokalnym przysmakiem. Okazuje się także, że brat poznanego pana, obecny na kolacji, również tak jak ja ma dziś urodziny.

W drodze do Nikozji rozmawiamy o historii Cypru. Mężczyzna opowiada z emocjami o zamieszkach najpierw z Brytyjczykami, a potem z Turkami. Jednak obojętne mu jest, czy wyspa będzie w końcu zjednoczona, czy nie. Mimo zapewnień, że sobie poradzę, chce koniecznie odwieźć mnie pod sam hostel. Długo kluczymy wśród uliczek miasta, zanim go w końcu odnajdujemy. Na pożegnanie dostaję siatkę jabłek prosto z jego sadu.

W hostelu poznaję jedynego współlokatora – znów Polaka, który przyjechał tu do pracy. Z pasją opowiada o swoim hobby – graffiti, chwali się zdjęciami swoich imponujących prac zrobionych tu w Nikozji.

Dzień 6.

Podbój miasta zaczynam od strony tureckiej. Granica podzielonej Nikozji to pas ziemi niczyjej, kontrolowany przez ONZ. Przy punkcie kontrolnym po stronie greckiej nie trzeba się nawet zatrzymywać. Następnie przechodzi się obok pałacu będącego obecnie siedzibą ONZ. Wszędzie wokoło widać mury domów zniszczonych w czasie wojny, worki z piaskiem, beczki, drut kolczasty i tablice z zakazem fotografowania. Mam wątpliwości, czy uda mi się przejść bez paszportu. Jednak strażnikom po tureckiej stronie wystarcza dowód osobisty.

Po dojściu do centrum części tureckiej jakbym znalazł się na zupełnie innym kontynencie: inne ulice, ludzie, muzyka, waluta i język. Dużo trudniej dogadać się po angielsku

Spaceruję po wąskich uliczkach. Wszędzie pełno bawiących się dzieci, a przez uchylone drzwi domów można zobaczyć namiastkę tego, jak żyją tu ludzie. Wchodzę do jednej z knajpek, żeby spróbować miejscowego jedzenia. Wskazuję dwa kawałki mięsa spośród wystawionych na ladzie różnych jego rodzajów. Po chwili okazuje się, że dostaję dwa pełne dania wraz z taką porcją chleba, że starczy mi go jeszcze na dwa dni. Przy płaceniu, podczas przeliczania z lir na euro kelner chce mnie trochę naciągnąć, ale w końcu płacę odpowiednią kwotę.

Udaję się do muzeum w dawnym klasztorze derwiszów – Mevlevı Tekke, a potem wracam na stronę grecką. Tu niestety większość obiektów jest czynna bardzo krótko, albo z racji poniedziałku w ogóle. Muszę więc zadowolić się spacerem wokół starówki otoczonej weneckim murem obronnym.

Wracam do hostelu po plecak i idę z powrotem na turecką stronę, żeby złapać jadące do Kyrenii wieloosobowe taxi – patent dość podobny do grand taxi w Maroko. Wysiadam na przedmieściach. Znajduję miejsce na nocleg, jednak niezbyt trafione. Po chwili zaczyna kręcić się w pobliżu ciekawski pies z pobliskiego domu, postanawiam więc nie ryzykować i znaleźć inne miejsce.

Dzień 7.

Po zamku w Kyrenii można chodzić godzinami. Większość komnat i lochów jest dostępna dla zwiedzających, chociaż zazwyczaj świecą pustkami. Wyjątkiem są pojawiające się w kilku miejscach scenki z manekinami ubranymi w dawne stroje. Bardzo ciekawe są za to wystawy: archeologiczna – o neolitycznej wiosce znajdującej się w pobliżu, oraz okręt, który zatonął u brzegów Kyrenii 2300 lat temu.

Czas wracać do Larnaki. Łapanie stopa idzie łatwo, jak to na Cyprze. Niestety nie mam innego wyjścia, niż jechać do samego centrum Nikozji, żeby pokonać granicę. Co ciekawe, pierwszy raz strażnik po greckiej stronie prosi mnie o dokument. Tłumaczy też, w którą stronę iść, żeby złapać stopa do Larnaki.

Na obrzeżach miasta jestem już po zmroku. Zatrzymuje się przy mnie radiowóz. Policjant mówi, że na autostradzie nie wolno łapać stopa. Stwierdzam ze zdziwieniem, że nie widziałem żadnego znaku mówiącego, że tu jest autostrada. Odpowiada, że kawałek dalej już jest i żebym na siebie uważał. Chwilę później bierze mnie pewien Cypryjczyk. Niestety okazuje się, że musi wysadzić mnie w połowie drogi, bo odbija na Limassol. Wysiadam i idę poboczem na drogę do Larnaki, jednak już po chwili staje przede mną ten sam radiowóz. Policjant stwierdza, że teraz to już jestem na autostradzie i że to bardzo niebezpieczne. Każe wsiąść do radiowozu, gdzie przez radio i telefon komórkowy dogaduje się z innym patrolem, żeby zawiózł mnie do Larnaki. W międzyczasie pyta, m.in., co sądzę o budowie bazy rakiet amerykańskich w Polsce. Po krótkim oczekiwaniu przesiadam się do drugiego radiowozu i jadę na obrzeża miasta. Podróżowanie na stopa radiowozami najwyraźniej staje się moją specjalnością.

Na nocleg znajduję zagajnik na polu na przedmieściach Larnaki.

Dzień 8.

Rano łapię stopa do centrum. Tym razem udaje mi się zobaczyć piękne wnętrze kościoła Áyios Lázaros. W podziemiu tak ciasnym, że trzeba się nisko schylać żeby zmieścić się pod sufitem, znajduje się grobowiec św. Łazarza.

Przed odlotem udaję się jeszcze do Hala Sultan Tekke. Gdy stamtąd wracam, zatrzymuje się przy mnie samochód. Kierująca nim kobieta proponuje podwiezienie, jednak tak przyjemnie spaceruje się wzdłuż brzegu słonego jeziora, że dziękuję i idę na lotnisko pieszo.

Na miejscu niespodzianka – samolot opóźniony godzinę… Całe szczęście tym razem na godzinnym opóźnieniu się kończy i ląduję w Warszawie, skąd po połowie nocy docieram autostopem do Krakowa, kończąc tym samym tygodniowe ferie.

Całkowita liczba odwiedzin na stronie: 78461