Alpy 2006

W poszukiwaniu krowy Milki,
czyli Opieprzańcy w kraju kapitalistów

Galerię zdjęć z tej wyprawy znajdziesz tutaj.

Preludium

Pewnego razu czujne oko Jadźki wypatrzyło niewiarygodnie tanie bilety lotnicze do Włoch – 80 zł w dwie strony. Przy zakupie, co chyba nie powinno dziwić, pojawiły się dodatkowe opłaty za bagaż i zapłatę kartą. Całość zmieściła się jednak w 140 zł, co i tak było ceną jak najbardziej przystępną dla szóstki „biednych studentów”.

Cel: Bergamo, miasto 40 km od Mediolanu, i – co ważniejsze – niedaleko Alp. To głównie tam skierowały się nasze pomysły co do spędzenia czasu. Padło na najwyższy w okolicy Pizzo di Coca, którego zdobycie byłoby świetną okazją do wypicia Coca-Coli zwycięstwa. Ewentualnie pozostawała możliwość zahaczenia o Wenecję, jednak czasu było niewiele – tylko 6 dni…

Dzień 1.

Podróż rozpoczęła się od wielkiego przepakowania na środku lotniska we Wrocławiu. Dla oszczędności kupiliśmy mniej sztuk bagażu niż nas leciało, więc część bagaży trzeba było skompresować. Cały ten majdan stanowił tam chyba dość niecodzienne widowisko, a wielkie różowe i pomarańczowe reklamówki z ubraniami wnoszone jako bagaż podręczy wywoływały uśmiech nie tylko na naszych twarzach.

Po wylądowaniu udaliśmy się do supermarketu Auchan, gdzie zrobiliśmy małe zakupy, a w pobliżu znaleźliśmy całkiem przytulne krzaki na nocleg.

Dzień 2.

Następnego dnia podzieliliśmy się na pary i stopem udaliśmy się do Valbondione, skąd wyruszyliśmy w góry. Nie doszliśmy do schroniska, gdyż po drodze zastał nas wieczór. Przy wręcz tragicznym oznakowaniu szlaków oznaczało to nocowanie na miejscu i wyruszenie z rana.

Dzień 3.

„Rano” wypadło oczywiście gdzieś koło południa. Nie chcieliśmy, samo tak wyszło. Rano każdy musiał odespać noc, w trakcie której zimno nie pozwalało spać, całe szczęście poranne ognisko szybko każdego rozgrzało. Po południu doszliśmy do schroniska, które było zamknięte, jednak obok znajdował się budynek, z którego (jak dowiedzieliśmy się od napotkanego na miejscu pana w zielonym mundurze) po sezonie można korzystać za darmo. Ze względu na trudne warunki i oblodzenie odradził nam wyprawę na Coca, a w zamian zaproponował dwie inne trasy, dosyć widokowe. Wobec tego postanowiliśmy zostać. Miejsce darmowego noclegu bardzo pozytywnie nas rozczarowało: porządne łóżka, koce, światło, kuchenka elektryczna i grzejniki. Jedyny mankament to brak bieżącej wody i ubikacji, ale co to dla nas – do źródełka 3 minuty, a kosodrzewiny dookoła mnóstwo.

Dzień 4.

Kolejny dzień przyniósł wreszcie prawdziwe górołażenie. Charakterystyczne dla tych gór są przecinające je wszechobecne linie wysokiego napięcia. Mniej szpecące wydają się być tamy tworzące wiele obecnych tu jezior, robiące wrażenie zwłaszcza gdy stanie się u ich stóp. Wbrew temu czego się spodziewaliśmy, śniegu praktycznie w ogóle nie było. Jednak większość górskich strumieni i wodospadów była zamarznięta, tworząc w miejscach przecięcia ze szlakami „lodowce” (jak twierdziła Asia), na które trzeba by mieć „ciupagę” (czekan) żeby przez nie bezpiecznie przechodzić. Jak na opieprzańców przystało, nie było zdobywania żadnych szczytów, chociaż wysokość jaką osiągnęliśmy (w przybliżeniu niecałe 2800 m n.p.m.) na polskie warunki może robić wrażenie. Wieczorem wróciliśmy „ceprostradą” do naszego lokum.

Dzień 5.

Niestety trzeba było już wracać do Bergamo. W Valbondione złapaliśmy na stopa tego samego strażnika parkowego, którego spotkaliśmy przy schronisku. Po południu zwiedziliśmy pobieżnie stare miasto, tzw. città alta (górne miasto). Noc postanowiliśmy spędzić w ciepłym holu lotniska. Niestety wbrew oczekiwaniom nie było nam dane się wyspać. Późnym wieczorem przyszedł strażnik i powiedział, że teraz hol będzie sprzątany i musimy przenieść się do innego budynku. Około 4 rano ten sam strażnik przyszedł do owego drugiego budynku i… wygonił wszystkich z powrotem do głównego budynku. Jednak i tam nie zaznaliśmy długo spokoju – o świcie przyszedł kolejny ochroniarz i zaczął uporczywie budzić nas głośnym „buongiorno”. Z tego, co udało się zrozumieć z jego tłumaczenia nieudolną angielszczyzną wynikało, że jest już dzień i nie można spać, nie można nawet leżeć. Tak więc resztę poranka spędziliśmy pół-drzemiąc na siedząco, w chwilach przebudzenia przeklinając gburowatych strażników na lotnisku.

Dzień 6.

Lot powrotny spędziliśmy z nosami przy szybach podziwiając Alpy, które pozwoliła nam zobaczyć w całej okazałości dobra pogoda.

Postludium

Czas we Włoszech minął szybko, ale pozostawił miłe wspomnienia, no i masę pięknych zdjęć. Szkoda tylko, że byliśmy tak krótko. Ale cóż, za takie pieniądze – nie ma co narzekać. W sumie cały wyjazd wyniósł mnie 300 zł, z czego 180 to koszty transportu.

A krowy Milki nie znaleźliśmy – to musi być jakaś ściema!

Całkowita liczba odwiedzin na stronie: 77887